piątek, 28 kwietnia 2017

Szlakiem żółto-czerwonym, czyli Oliwskie Święto Książki

Pewna T. pojechała na Oliwskie Święto do Trójmiasta
Nabyć cudną książkę z dedykacją chciała niewiasta
Lecz jak się na miejscu okazało
Zacnego Autora już z rana ze stoiska wywiało
Herbata z prądem, Lwia Paszcza i... basta!
 
"A wiało, oj wiało..." Teresa Kiedrowska; 
Zimowy „Limeryk” Antydepresyjny, 22.04.2017 :)
Dwadzieścia jeden oficyn wydawniczych z regionu miało zaprezentować swoją ofertę wydawniczą: nowości, archiwalia, a także możliwość zdobycia wspomnianych autografów od autorów. Ale, ale w godzinach... Dokładnie do godziny osiemnastej, powiedziałabym nawet co do minuty, jak wieść gminna niesie tak właśnie było. Ponieważ pojawiłam się tuż, tuż przed rzeczoną godziną zamknięcia- na mnie czekały inne atrakcje... 
  Fot. Teresa Kiedrowska
To był pierwszy tekst. Po kilku następnych, i ja w głowie miałam swój pseudolimeryk. Nie, nie ten poniżej...
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Literatura na drzewie. Tak jedną z gratek reklamował organizator. Hm. Dlaczego na drzewie? Szlak targów wyznaczały lipy rosnące przy ulicy Raciborskiego. Każde drzewo zostało przewiązane żółto-czerwoną kokardą. Pomiędzy nimi, zawieszone na linkach, fantazyjnie na wietrze powiewały fragmenty książek dostępnych na kiermaszu. Z daleka, te kolorowe zdjęcia z albumów, rysunków, komiksów, strofy wierszy, teksty książek przypominały... tybetańskie flagi modlitewne? Choć niektórym z nas skojarzyły się lokalnie- marynistycznie, czyli z oflagowaniem statku.

 
 
 
Gdy teraz siedzicie przed monitorami komputerów w ciepłych paputkach i sobie tak przeglądacie zrobione przeze mnie zdjęcia... Cóż sobie myślicie? Frywolne treści? Gorąca atmosfera targów? Nic z tych rzeczy. Aura nie rozpieszczała nikogo tego dnia. Było bardzo zimno i wietrznie. Momentami prószył śnieg, a już na pewno czytając poniższy tekst, każdy mógł poczuć się przynajmniej jak na Evereście.
A to rewers:
Płachta namiotu łopoce głośno. Razem z wyciem wiatru i stukaniem zlodowaciałego śniegu brzmi to jak huk. Obracam się w śpiworze i już nie wiem który raz, mając nadzieję, że wreszcie uda mi się zasnąć...
Dosyć. Podnoszę się z posłania i zapalam latarkę. Smugą żółtego światła próbuje namierzyć palnik i kubek. Jest! Rozpalam maszynkę. Jej szum działa na mnie kojąco. Przypomina mi odgłos czajnika w którym Celina gotuje wodę na herbatę w naszej kuchni. Nalewa do kubka i podaje mi z tym swoim uśmiechem. (...)
Na chwilę wychodzę z kubkiem przed namiot, żeby nabrać trochę śniegu. Brrr!!! Dosłownie chwila bez rękawiczek, a ja już nie czuję rąk. (...) Trochę to potrwa, zanim śnieg zamieni się w wodę, na dodatek tak gorącą, żeby można było zaparzyć herbatę. Tu, na wysokości ośmiu tysięcy metrów, nic nie działa normalnie. Woda, która w zwykłych okolicznościach grzeje się dosłownie chwilę, w Himalajach gotuje się wieczność. Na jednej z wypraw zrobiliśmy kiedyś doświadczenie- zmierzyliśmy czas gotowania jajka na twardo na wysokości 8200 metrów. Trwało to dwie godziny... Ale jak smakowało!”
Zdobyć koronę. Opowieść o Jerzym Kukuczce, Anna Czerwińska-Rydel, Wydawnictwo na szczyt
I tak zziębnięta, tańcząc przez kilkaset metrów na palcach, aby złapać w dłonie trzepoczące na wietrze kolejne strofy, słowa, dotarłam ku swojemu zdziwieniu do czynnego jeszcze stoiska Oficyny Wydawniczej Tysiąclecia. Nie mówię, że w tym momencie największe moje zainteresowanie wzbudził plastikowy kubeczek z gorącą herbatą pomiędzy tytułami, ale...
 
Jak w ten ziąb wpisać kolejną propozycję organizatora- Katalońskie Walentynki? W Hiszpanii Międzynarodowy Dzień Książki obchodzi się w specyficzny sposób. Panowie obdarowują panie różami, a w zamian otrzymują... książki. A w Oliwie?
 
Dodam tylko, że ten mężczyzna wyglądał tak, jakby wygrał milion dolarów. Po prostu szedł ulicą i całemu światu wymachiwał z radością swoim nowym nabytkiem.
I róża...
Oczywiście nie ma róży bez kolców. Dni książki są poświęcone licznym, powiedziałabym dywagacjom na temat bardzo bliski wszystkim twórcom: plagiatowi. Mistrzami plagiatu są oczywiście, niestety ludzie... „pióra”. W dzisiejszych czasach, standardem jest przecież użycie zamiast pióra, po prostu długopisu do przepisania na przykład Potopu, aby uznać je za dzieło własne. Tudzież uprawianie inną czcionką, tak zwanej twórczości „inspirowanej” szeroko pojętym „oknem na świat”. Czytaj: „Windowsem”. Taka prawnicza... farsa?
Dokonując trawestacji słów śpiewającego polonisty W. Łuszczykiewicza: „zawód muzyka, to... zawód”. Każdy człek, który uważa się za artystę w miejsce zawodu, wystarczy, że wpisze odpowiedni... zawód.

Ostatnie czynne stoiska należały do punktu prowadzonego w ramach akcji Wolnej Wymiany Książek oraz Wydawnictwa Wiatr od Morza.
W tym miejscu, nawiązując do oferty tego wydawnictwa, przytoczę tylko jeden cytat z dzieł wybranych Michaela Crummey'a:
Dobra książka nigdy człowieka nie zawiedzie.
Rzeka złodziei
Trzeba dojrzeć,
aby dojrzeć... (J.Sz.)

Ave

5 komentarzy:

  1. Uwielbiam takie happeningi.
    U mnie moze byc jedynie narzekanie na upaly :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziekuję Ci za to, że mogłam choć przez chwilkę poczuć sie jakbym tam była :)) Katalońskie Walentynki bardzo przypadły mi do gustu, szkoda, że w naszej kulturze nie istnieją ;) A pogoda to już temat nie tyle delikatny, co denerwujący....u nas zimna, deszczowa jesień zadomowiła się na dobre....mimo wszystko pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Teresko.
    Fajne takie święto. Lubie literaturę wszelaką.
    Raz pewien poeta rodem z Oliwy
    Wybrał się z prozaikiem na grzyby
    Lecz był on grzybiarz byle jaki
    Więc znalazł tylko papierzaki
    A prozaik na to, a może by tak na lwy by
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  4. Róża za książkę? dla mnie bomba:)
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Pomimo nie najlepszej aury, litery nie spłynęły wraz z płatkami śniegu. Nie było tak źle.... ;)

    OdpowiedzUsuń