środa, 8 listopada 2017

Harmonia rodzi zwycięstwo, a wielokulturowy obowiązek nienawiści

Spokojne, powolne i regularne rozwijanie się płatków chryzantemy to naturalne odbicie doskonałości.
Konfucjusz
 
Fot. Teresa Kiedrowska
 
Ładne kwiatki? Dziwny tytuł wpisu? Trudny temat? Hm.
To zacznijmy może najpierw bezpiecznie od kwiatów. Myślę, iż zgodzicie się ze mną, że w naszym kraju, chryzantemy są symbolem listopadowych dni poświęconych zmarłym. Wyrazem smutku, przemijania... Tymczasem, te puchate złocienie, w innej części globu reprezentują pozytywne aspekty, takie jak: radość, zdrowie, dobrobyt i władza. Tak, tak. Ten kwiat, choć swoją nazwę chryzantema (gr. chrys złoty, anthemon kwiat) zawdzięcza Karolowi Linneuszowi, przywędrował do nas dopiero w XVII wieku z Dalekiego Wschodu. Uprawą tychże roślin, przez tysiące lat zajmowali się tylko... Chińczycy. Wierzyli oni, że obmywanie się świętą wodą, czyli kroplami rosy zebranymi z płatków zapewnia szczęście i długowieczność. Roślina stała się bohaterką wielu legend, i była tak cenna, że wręcz zabraniano jej wywozu do innych rejonów świata.
Słowem, cudna chryzantema, która i współcześnie w kulturze orientalnej jest symbolem szlachetności, nieśmiertelności, obchodzi hucznie, radośnie swoje Święta Złotego Kwiatu, króluje na Festiwalach Szczęścia, w wielu krajach Europy, w tym w Polsce stała się smutną, zadumaną ozdobą cmentarzy.
Wrzos. Jakie budzi najczęściej refleksje? Pamiętacie słowa nostalgicznej piosenki Stachury:
Ja cóż –
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko.
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień,
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna
W naszym kraju, wielu osobom nie przyszłoby nawet na myśl, aby tak jak w Szkocji, ozdobić w dniu ślubu głowę panny młodej wrzosem, tudzież wręczyć bukiecik złożony z tychże kwiatków. Generalnie na Wyspach Brytyjskich wrzos budził, budzi pozytywne skojarzenia. Uważa się, że białe wrzosy przyciągają szczęście, chronią przed niebezpieczeństwem. Ale już i dla Celtów był symbolem miłości, pasji.
Mamy miłość, to po drugiej stronie powinien znaleźć się antagonista? Myślę, że przy braku świadomości, półświadomości jakby to powiedział Mrożek, chęci zrozumienia danej kultury, nadinterpretacji tekstu, faux pas, itd. jesteśmy tylko o krok do... nienawiści, oczywiście i pasji, tyle, że szewskiej.
Teoretycznie błahy temat. Bo czyż róża przestanie być różą, jeśli nadamy jej inną nazwę? „Oczywiście, że nie” odpowie prawie każdy. Niemniej, z ostrożności podaruję sobie omawianie symboliki reszty kwiatów, rzeczy z wykonanych przeze mnie fotografii, którym nadałam roboczy tytuł: Martwa natura. Olej „BiCykl. Jesienna kwiaciarnia i nosorożec.”
Dobrze przeczytaliście, nie, nie jesienna kawiarnia. To teraz czas na małe studium przypadku, czyli sceny z życia wzięte contra Wasza analiza. 
Młody mężczyzna z bukietem pięknych chryzantem w dłoni... wybiera się z wizytą. Żeby nie było zbyt prosto, akcję przenosimy do domu rodzinnego jego kochanej żony. Jednocześnie, żeby nie było zbyt drastycznie, dodam, że mamy do czynienia z kwiatami ciętymi.
Mama, z błyskiem w oku przyjmuje prezent, i z coraz większym, malującym się na twarzy zadowoleniem... Wolno, ostrożnie rozwija pakunek. Wiemy, że gdyby to była wredna, do szpiku kości złem przesiąknięta kobieta, to temu sympatycznemu darczyńcy przypomniałaby, już na wstępie, iż kwiatów nie wręczamy w papierku, a pod choinkę sprezentowała jakiś podręcznik z zakresu savoir-vivre'u. Jednak niespodzianka, to niespodzianka, a dobre serce chłopaka, to dobre serce. 
 
Podarunek rozwinięty. Z ust kobiety znika uśmiech.
- Czy ty mi życzysz śmierci? – wykrztusza z siebie przestraszona kobieta.
- Ja? W życiu! Oczywiście, że nie! - odpowiada pewnie jeszcze bardziej zdumiony mężczyzna.
Eskalujmy - powiedzmy, że teoretycznie zagadnienie do maximum. Teraz chłopak sobie myśli: „Bądź tu miłym. Co to za zabobonna, niewdzięczna kobita?”. A mama? W skrajnym przypadku widzi w swoim zięciu członka Cosa Nostra?
Uduchowiony” mężczyzna może również na dokładkę dolać oliwy do ognia i zrobić mamie wykład, iż nie powinna obawiać się śmierci, bo jest to przecież tylko transformacja.
Ponieważ założyliśmy tu stereotypowe myślenie... Zwykle w takich sytuacjach, przeciętna niewiasta już teraz wie, iż tej i jakiejkolwiek innej metamorfozy, oczekuje się właśnie tylko od niej.
Zobacz, to jest miłość... jak oni patrzą w jednym kierunku.
Martwa natura. Olej. Jesienna zupa, kwiaty. Postępowe myślenie i nosorożec.
 
Wyście nie przeżyli piekła, ani nieba. Wszystko, co znacie, to ziemia.
Sławomir Mrożek, Sztuki odnalezione. Małe i mniejsze

Jestem w sklepie. Przede mną piękna, warzywna ekspozycja złożona z wielu gatunków dyni.
- Kochanie, nie płacz, kupimy dynię i w domku ją sobie powycinamy. Zrobimy taką fajną uśmiechniętą buzię – powiedziała młoda kobieta do cztero, może pięcioletniej dziewczynki.
- Ale pani powiedziała, że nie wolno nic wycinać w dyni – rezolutnie odpowiada młoda osóbka.
- Która pani?
- Pani A.
- A dlaczego pani A. powiedziała, że nie wolno wycinać wzorków w dyni? – pyta matka.
- Bo to nie jest polskie.
- Dobrze, to kupię dynię, potniemy ją w kosteczkę i ugotuję zupę – mówi kobieta spoglądając porozumiewawczo na męża.
- Ale przecież nie wolno ciąć dyni – głosem nieznoszącym sprzeciwu broni powiedzmy, że swojej opinii córka.
 
Mężczyzna kuca przed dziewczynką...
- Kochanie, a pani czasami nie mówiła, że są inne sposoby krojenia. Na przykład takie męskie: trzeba rzucić dynię na ziemię.
Jego głos aż kipi od ironii. Mała natomiast, jest bardzo skupiona i barrrdzo poważnie odpowiada:
- Nie mówiła.
 
Ojciec bierze dziecko na ręce i kontynuuje swoje wywody.
- Nie? To zrzucimy w domku dynię na podłogę i rozbijemy na drobne kawałeczki. Potem razem pozbieramy, a mamusia ugotuje nam pyszną zupę.
- Tatusiu, ale nie wolno przynosić dyni do domu. Dynia jest zła.
Przypominam, że to nie sen. Nigdzie się nie teleportowaliśmy. Nadal jesteśmy w sklepie, w dziale warzywnym i mamy XXI wiek.
 
- Wiesz dziecko co jest złe? Złe jest to, że tatuś płaci za to przedszkole.
- Dlaczego? - pada słodkie, najsłodsze pod słońcem, zadane niewinnie brzmiącym głosikiem, ulubione pytanie wszystkich rodziców. Na całym świecie. Pierwszy, drugim, trzecim, czwartym...

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?


Fot. znalezione w sieci
Zanim zgubię wątek, inspiracją do popełnienia tego przydługiego wpisu była relacja sportowa, w której padła nazwa... Tottenham.
 
Przenosimy się do Anglii. Wchodzę do domu Z. i od progu zaczynam szczebiotać:
- (...) Słuchajcie, jadę do was metrem, a tam tłumy niesamowicie fajnie poprzebieranych i roześmianych ludzi. Fikuśne, różnorodne czapy, koszulki, szaliki, pomalowane twarze... Biało i czerwono.
Z. patrzy na mnie jak na zjawisko, mruży oczy, dłonią zakrywa usta. Nie zrażona tym dość chłodnym spojrzeniem, które jakoś nie przebiło się przez mój entuzjazm i nie zapaliło „czerwonej lampki”, kontynuuje swój monolog; jednocześnie witam się, zdejmuję płaszcz...
- Prawie wszyscy pasażerowie, od malucha w wózeczku, po dystyngowanego staruszka ze staromodnie podwiniętym wąsem, wytatuowaną babuleńką, Szkotów w spódniczkach... mieli na sobie stylonowe biało-czerwone koszulki z nazwiskami piłkarzy.
- Dość. Przestań! - wyrzuca z siebie zawsze uśmiechnięty, życzliwy Z. Odwieszam płaszcz, odwracam głowę i spotykam się ze spojrzeniem naszego gospodarza. Takiego kulącego się z bólu, a jednocześnie wyraźnie wściekłego Z., jeszcze nie widziałam. Toteż zanim ta informacja dotarła do mojego skonsternowanego mózgu, z rozpędu kończę relację:
- Niesamowicie pozytywna atmosfera. A mówią, że brytyjscy kibice są agresywni...
Odruchowo, dość instynktownie przenoszę wzrok z Z., na stojącego za nim X. Mężczyzna na migi, daje mi wyraźne jakieś znaki. Kręci głową na prawo, lewo na znak dezaprobaty i energicznie dłonią wykonuje gest zamykania ust na zamek błyskawiczny.
- Choć to złudne, bo przecież Arsenal wygrał. Oglądaliście mecz? - dorzucam coraz ciszej... Bo cóż gorszego mogło stać się od awarii telewizora w dniu takiego meczu?
W tym momencie, i Y. uderza się otwartą dłonią w czoło, która wolno zsuwa się po twarzy. Palcami nakrywa usta i jednocześnie również kręci głową, tyle, że ze współczuciem. Słowem, czytaj kalambur: „Dobrze Ci radzimy: Milcz!”. Jestem kompletnie zbita z tropu. Stoję na progu jadalni w której jest sporo osób. Rozglądam się dookoła.
- Coś się stało? O co chodzi? - dopytuje.
Jednocześnie widzę jak Z. korytarzem, ze spuszczoną głową, wolno, krokiem zbitego psa podąża w przeciwnym kierunku, czyli w stronę części prywatnej mieszkania. Mija mnie. Goście siedzą przy stole, niektórzy stoją, ale teraz... wyglądają jak kultowe maskotki machające główkami umieszczone na półce w tylnej części samochodu. Z całej siły próbują utrzymać dłonie na ustach i powstrzymują od śmiechu. Tłumione emocje sprawiają, iż łzy lecą im po zarumienionych policzkach. Teoretycznie panuje grobowa... cisza.
W tej samej chwili gospodarz odwraca się. Nie, nie widzi kpiarzy, ale chyba usłyszał pytanie, ponieważ łapiemy kontakt wzrokowy. Spogląda dość srogo i z powagą w głosie, cedząc słowa odpowiada:
- O wrogu w tym domu nie rozmawiamy.
I niknie za drzwiami salonu.
Żona Z. wciąga mnie energicznie do jadalni, z której każdy stara się jak najszybciej ewakuować bocznymi drzwiami do ogrodu. Jestem jedyną osobą w ogrodzie, której nie jest do śmiechu.
- Czy ktoś może mnie w końcu oświecić i wytłumaczyć o co tutaj chodzi?
- Nie. Nikt z nas nie może ci tego wyjaśnić. Bo wiesz kto, kogo nazwy w tym domu nie wymieniamy... – Y. parska śmiechem.
- Nie mów, że nie wiedziałaś. On od kilkunastu lat jest przecież zagorzałym kibicem Tottenhamu? - wtrąca również ubawiony X.
- I właśnie wrócił z meczu. Przegranego meczu. Nie przejmuj się tym co ci powiedział – dorzuca, usiłując jakoś załagodzić sytuację żona.

Czy następcy Junga i Fromma jeszcze przez tysiące lat świetlnych będą mieli o czym rozważać? Pewnie tak. Ale, ale...
 
Do ogrodu dobiega wyraźny dźwięk stukotu końskich kopyt. Odruchowo wszyscy odwracamy się w kierunku ulicy. Naszym oczom ukazują dwa piękne siwki. Ich łby ozdobione pięknymi białymi pióropuszami. Konie ciągną białą karetę. Zaprzęgiem powozi stangret ubrany w czarny, elegancki frak, cylinder. Na dłoniach ma białe rękawiczki. Wewnątrz karety... trumna.
Spoglądamy jeden na drugiego.
- Trochę to dziwne... Takie piękne konie i... - nie kończy zdania zamyślona żona Z.
- Nie, no ja też spodziewałem się zobaczyć orszak... ślubny – niejako do siebie mówi X.
- A co to za różnica? – dopowiada wzruszając ramionami E. Rodowity Anglik.
Anglicy często, na różne sytuacje reagują abstrakcyjnym, tu czarnym poczuciem humoru. Tak odreagowują rzeczywistość? Natomiast my Polacy... Chyba również. Włączam „szklane okienko” i słyszę: „Naszemu narodowi jest potrzebna terapia. Terapia narodowa.” Poważnie. Ma to być autorski program trzech bezpłatnych sesji z psychologiem – dla każdego chętnego.
 
Poniższy film, jeśli się zdecydujecie oglądać... to ostrzegam, że na własną odpowiedzialność!
 
W ramach niekoniecznie terapii, polecam również mądrości Mrożka... lub 18.11 mecz, czyli słynne derby północnego Londynu – Polski odpowiednik animozji Torunia i Bydgoszczy. Jeśli ktoś widział tu, lub w innych moich wpisach nosorożca, a zwłaszcza jak nie widział, to i wielce inspirującą lekturę „Dzienników geniusza” Salvadora Dali dorzucam.


wtorek, 22 sierpnia 2017

Czas odnaleziony

(...) każdy czytelnik jest, kiedy czyta, czytelnikiem samego siebie – swoim własnym. Dzieło pisarza, to tylko rodzaj instrumentu optycznego zaoferowanego czytelnikowi, aby mógł on rozeznać się w tym, czego, gdyby nie książka, nie dostrzegłby w sobie może. Rozpoznanie w samym sobie, przez czytelnika, tego, co mówi książka, to dowód jej prawdy (...)- i vice versa, przynajmniej w pewnej mierze, za różnicę bowiem między dwoma tekstami może ponosić często odpowiedzialność nie autor, ale czytelnik.
Marcel Proust, Czas odnaleziony
 
Fot. Teresa Kiedrowska

piątek, 11 sierpnia 2017

Gorące lato w mieście

Gdy tak przyglądałam się tej rzeźbie...
 
Fot. Teresa Kiedrowska
 
Czyżby ten rycerz wracał z Oblężenia Malborka? A może przy tych afrykańskich upałach wypatruje źródełka, aby zaczerpnąć odrobinę chłodnej wody do picia. Chyba nie, ale zapewniam Państwa, że jest to odpowiedni strój przeznaczony do zwiedzania Gdańska w czasie Jarmarku Dominikańskiego. Jak bezpiecznie... i bez siniaków „przepłynąć” przez ciżbę ludzi, straganów? Nie, nie podejmuję się odpowiedzi, ani relacji z tego wydarzenia. 
W taki żar lejący z nieba nawet lwy... nie pilnują fontanny?
 
 
Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie!
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się na najwyższej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają. (...)
Jan Kochanowski, Na lipę
Dlatego gościnni mieszkańcy Gdańska już w godzinach porannych opuszczają swoje domostwa?
Tak właśnie jak na poniższym zdjęciu, wyglądają ścieżki prowadzące nad morze. Jest pusto, przyjemnie chłodno, nie powiem, że cicho, ponieważ słychać cudowne, poranne trele ptaków.
Pojedyncze aktywne osoby biegają, od czasu do czasu na ścieżce dla rowerów ktoś „śmignie”- również na rolkach. Daleko od tłumu, zgiełku...

Ktoś pływa, też i  wpław. Ma całe morze dla siebie.
Zapraszam również do poprzedniego wpisu, w którym umieściłam wakacyjną zagadkę