wtorek, 27 czerwca 2017

Dzień dobry... wakacje!

Każda filiżanka herbaty jest wyimaginowaną podRóżą.
Catherine Douzel
 
Wakacje, wakacje, znów są wakacje... Ostatni szkolny dzwonek, świadectwo, pakowanie... Pamiętacie? Wprowadzeni w ten letni nastrój po głowach chodzą nam... podróże? Ponieważ...
Życie bez podróży jest jak potrawa bez soli? - tak przynajmniej twierdzi Elżbieta Dzikowska. Sól morska... Jest! Inna podróżniczka, nadała swojej książce nawet tytuł: Z goryczy soli moja radość.
 
Fot. Teresa Kiedrowska
 
Pierwszym warunkiem zrozumienia obcego kraju jest powąchanie go.
Rudolph Kipling

Mój wiele podróżujący znajomy, zwrócił uwagę na zdawałoby się oczywistą rzecz.
- Zauważyłaś, że w naszym kraju dróżka, scieżka nad morze prowadzi najczęściej przez las sosnowy. Na całym świecie nie spotkałem takiej kompozycji zapachowej towarzyszącej wejściu na plażę. Zapach igliwia, wierzby, nutka róży, bryzy morskiej...
 

Plaża – najwieksze łóżko świata.
Agnieszka Osiecka
 
Agnieszka wiedziała chyba co mówi. Często spacerowała brzegiem tej części plaży, wylegiwała się na słońcu? Po mojej lewicy Teatr Atelier, w którym Autorka Okularników spędziła twórcze trzy lata, a gdzie w lipcu zanuci inna znana Elżbieta: Do Wenecji daleko stąd, Wyczaruję ci bajkę...

- Jestem w niebie?
- Nie, w Trójmieście – odpowiedziałby dr House.
 
(...) Szaaa...
- To wiatr, chce nam coś powiedzieć.
- A co mówi?
- Nie wiem. Nie znam wietrznego...”
 
- „Jednak wciąż wierzę, że znajdę swój raj. Teraz wiem, że to nie miejsce na ziemi, ale stan w jakim się znajdujesz...”
 
(...)
- „Wcale nie śpię. Sprawdzam tylko światłoprzepuszczalność swoich powiek”.
 
Przeczytane? Też, ale i zasłyszane na plaży.
I tak leniwie otrząsamy z siebie całe zmęczenie jak piach, rzucamy wiatrowi, morzu na zatracenie...
 

Poszukaj filiżanki herbaty, czajnik sam się znajdzie. I teraz możesz mi opowiedzieć sto historii.
Saki
 
Oczywiście, najwspanialszym bagażem jaki powinno się przywieźć z wakacji jest ten pełen niezwykłych wspomnień. Ktoś teraz powie: nie mam urlopu. Ba! Nie stać mnie na wojaże... Tu z pomocą przychodzi medycyna chińska z całym bogactwem przysłów na takie okazje: Ten, kto znalazł się za drzwiami pokonał najtrudniejszy etap podróży.

 
Opuszczając tę strefę komfortu, warto jednocześnie pamiętać, że najdroższe podróże zaczynają się od słów, które gdzieś, kiedyś dość wyraźnie i z pewnością w głosie od jakiegoś „przewodnika”- przodownika ułyszeliśmy: „Ja znam drogę na skróty”.
- Tak! - skonstatuje ktoś inny - To jest zdecydowanie patent na ten rodzaj podrożowania, który pozostawia cię bez słów, a potem zamienia w gawędziarza.
Wszyscy wiemy jak wygląda naturalny GPS?
 
 
Wolę napis: Wstęp wzbroniony, aniżeli: Wyjścia nie ma.
Stanisław Lec
 
Lec, lecz... O czym warto pamiętać w takich przypadkach? Najważniejsze? Hm. Nigdy nie podróżuj bez swojego dziennika – przestrzegał Oscar Wilde – każdy powinien mieć coś ekscytującego do czytania w pociągu, samolocie, rakiecie itp.
Tu, przychylając się do klimatu lata i rozprawiając się ze słowami znalezionymi gdzieś tam wczoraj w necie, że pozwolę sobie zacytować: „w dzisiejszych czasach potrzeba nam dużo uśmiechu i oczywiście miłości, wszak nawet polscy pisarze o niej pisali...” i tego Państwu na wszystkich wakacyjnych szlakach życzę.
 
Znalezione w sieci
 
Szkoła? Dzieci  wiedzą wszystko. Dzień dobry... Lato! Słońce! Wakacje! ;)))

piątek, 9 czerwca 2017

Przyjaciele są jak ciche anioły

 
Widzicie tych ludzi za mną? Pędzą do pracy nie zwracając uwagi na nikogo. Czasami jesteśmy tak zagonieni, że zapominamy się cieszyć pięknem życia. A warto jest podnieć oczy, wyjąć słuchawki z uszu! Zauważmy ludzi obok, może ktoś będzie chciał nas pozdrowić, przytulić się... ”
Keanu Reeves
 
 Fot. Teresa Kiedrowska
 
Pogadać, pomilczeć, pooddychać wspólnym powietrzem... bo przyjaciele są jak ciche anioły. Nie zauważamy ich obecności? A czyż nie jest tak, że pojawiają się w naszym życiu i... już. Po prostu są. Cechy wspólne? Jakieś bliżej nie określone, trudne do sprecyzowania pokrewieństwo... dusz?
Brak poczucia czasu w obecności takiej osoby... Tak? Zastanawiacie się o co chodzi? Ten ktoś, zwany przyjaciółką, przyjacielem może zadzwonić, ba pojawić się po przysłowiowych tysiącu lat, często w środku nocy, a będziecie zachowywać się jakbyście się widzieli, rozmawiali wczoraj. Oczywiście zawsze towarzyszy człowiekowi radość na widok takiej osoby, a i dnia, i nocy do wspólnego spędzania czasu jest zawsze za mało!
 
Znacie te refleksje nad ranem, a zaczęliście gadać wieczorem, spoglądacie nagle w okno lub rozglądacie się dookoła dogasającego ogniska i zaczynacie się zastanawiać: „co tak już jasno”?
 
 
Z A. nie widziałyśmy się, nie rozmawiałyśmy... x lat? Kiedyś? Codziennie? Teraz? Każda gdzieś tam w swojej stronie świata...
Po pewnej nocnej piątkowej rozmowie telefonicznej, ustaliłyśmy rozsądnie i zgodnie niezobowiązujący termin spotkania. Sobota wieczór.
- Hej! Jesteś w domu? Mówiłaś, że będziesz.
- Hej! Hej! Jestem! Jestem! - odpowiadam z radością.
Znajomy głos przerywa mi w pół słowa:
- Co teraz robisz? - pada kolejne pytanie.
- Czekam oczywiście na ciebie – rzucam w słuchawkę odpowiedź z nutką ironii.
- To się ubieraj. Jestem teraz na rondzie...
W słuchawce słyszę szum samochodu. Szybko oceniam sytuację. A. będzie za... maksymalnie dziesięć minut?
- Jak się ubieraj? - pytam ze zdziwieniem.
Mojego błyskotliwego burknięcia pod nosem: „Przecież jestem ubrana” A. chyba nie słyszy.
- Normalnie... Jak? Jak? Jak do opery... Mam właśnie bilety, moja siostra z mężem nie mogła... dziecko zachorowało...
 
Po „entej” herbacie, chcemy zamówić kolejną, wyrasta nad nami w końcu niespodziewanie kelner.
- Proszę pań, niestety nie mogę przyjąć zamówienia. Zamykamy.
- Jak to zamykamy? - pytamy jednocześnie.
Rozglądamy się dookoła. Przecież było tu tylu ludzi...
 
Spotkania w zaprzyjaźnionym mieszanym, a czasami bardzo zgranym rodzinnym towarzystwie kończą się podobnie. O świcie?
Ale, ale... Zauważyliście pewną prawidłowość, że skąd byście nie wrócili, a zwłaszcza z grilla, restauracji... nawet z wesela o suto zastawionych stołach, przyjaciele domu płci męskiej – goście, w domu gospodarzy idą prosto do... lodówki.
 
W tym miejscu jest okazja, abym zaprezentowała klasyczne, proste angielskie danie śniadaniowe. Myślę, że my Polacy, nawet nie zdajemy sobie sprawy, ilu wśród nas jest znawców tejże kuchni.
 
Zaznaczam, że do oglądania tego filmu nie jest potrzebna znajomość języka angielskiego.
 
 
Z okazji dnia przyjaciela, nie tylko od święta- spotkania przyjaciela lub z przyjacielem życzę.

piątek, 2 czerwca 2017

Gdańskie dni dziecka

Są ciekawscy niczym lewki,
Lubią wiedzieć co się stanie,
Gdańsk poznają od podszewki,
To najmłodsi są gdańszczanie.
 
Fot. Teresa Kiedrowska
Ref. I zabytki i pomniki,
I podwórka i chodniki,
Każdy miasta zna zakątek,
Akademia Gdańskich Lwiątek.
Chcą dokładnie wszystko zbadać,
Wolny czas spędzają twórczo,
 
A wędrując po lwich śladach,
Dobrze bawią się i uczą.
 
Piosenka Gdańskich Lwiątek
Tekst: M. Piotrowski,
Muzyka: M. Rybiński
 
 
Bądź odważny tak jak lew
Płynie w Tobie gdańska krew
Mądrość przodków znad Motławy
Dziś zapragniesz z nami sławy

Ref. My jesteśmy gdańskie lwy
Nie są straszne nasze kły
Nasze grzywy i pazury
Gdy śpiewamy to drżą mury. (...)


Gród nasz stary, zabytkowy
Tarczą z herbem osłaniamy
By w świetności swej gotowy
Był na wieki uwielbiany.
Być odważnym i rozważnym
To dewiza wciąż jest lwa...

Lwia piosenka
Tekst: I. Zaleska, Muzyka: P.J. Ulatowski

 
Gdańsk jest miastem portowym od zarania swojej historii. Przenieśmy się zatem oczyma wyobraźni małego przedsiębiorcy do X wieku, i do tej tętniącej życiem przystani... Mniejsze statki, o zanurzeniu nieprzekraczającym 2,6m wpływały do portu na Motławie i stawały w wyznaczonym miejscu przy nabrzeżu. Towary przenosili na brzeg i do spichlerzy tragarze portowi- zrzeszeni we własnym cechu. Pamiątką po nich została ulica Tragarska, której nazwę później zniekształcono na...Tokarską. Hm.
 
Natomiast, w układaniu towarów w ładowniach statku wyspecjalizowali się dokerzy i sztauerzy, zwani wówczas „przerzucaczami” i „układaczami”- w znaczeniu dzisiejszego cargo.
Żuraw Gdański. Wiemy, że najstarszy dźwig portowy istniał już w 1367 roku. Ciekawym wydaje się również zapis o jego remoncie w roku 1379. Wtedy to umocowano jego fundamenty, za które zapłacono 19,5 skojców „na kamienie, które dla Żurawia przypłynęły z Gotlandii”. Jak wyglądał tamten dźwig nie wiemy, bowiem spłonął on w 1442 roku.
Zbudowanie obecnego jest zasługą ówczesnego burmistrza Henryka Worratha. W roku 1443 pobrano pogłówne (podatkiem od głowy) od mieszkańców i obywateli miasta Gdańska na budowę spalonego Żurawia. Zebrano 10 worów pieniędzy, o łącznej wartości 1324 grzywien”. I tak, w 1444 roku powstał największy dźwig w średniowiecznej Europie.
 
Import dotyczył przede wszystkim sukna i soli. Wymieniane w książęcych dokumentach burnit i frizal były gatunkami luksusowymi. Zwyczajne tkaniny lniane, wełniane i konopne produkowano na miejscu. Zielony frizal sprowadzano z Anglii, brunatny brunit- z Flandrii. Najbliższym źródłem soli, przywożonej już w końcu X wieku były solanki kołobrzeskie. Poza tym, sprowadzano z Gotlandii kamień budowlany, którego oprócz głazów narzutowych na miejscu Gdańsk nie posiada.
Natomiast głównymi towarami eksportowymi było: drewno, miód, wosk, skóry. Domniemywa się, że być może były to również: ryby, zboże, a także bursztyn i jego wyroby.
 
 
Galeon? Piracki?
Żegluga zawsze niosła za sobą ryzyko, i z tego względu armatorzy z reguły woleli posiadać udziały w statkach tzw. party. W razie utraty statku na skutek rozbicia czy innych przyczyn, strata rozkładała się na kilku, nierzadko na kilkunastu udziałowców, i jak się domyślamy była mniej dotkliwa. Najwięcej informacji na temat armatorów pochodzi z XV wieku. Wiemy, że ze 150 gdańskich statków- 40 należało w całości do jednego armatora. Reszta miała po dwa, trzy statki.
Jakie dochody przynosił handel morski?
Podobnie jak dziś wszystko zależało od podaży i popytu, który dyktuje ceny. Zysk zależał od różnicy cen w kraju własnym i kraju docelowym. 
Na przykład: w drugiej połowie XV wieku kupując zboże w Polsce, przewożąc je do Anglii celem sprzedaży, osiągano od 84 proc. do 204 proc., a jesienią nawet 384 proc. zysku. :)
Handel solą przynosił od 50 proc. do 160 proc. zysku.
 
Galeon Czarna Perła
 
Naturalnie każdy rozsądny kupiec musiał się liczyć z możliwością strat. Okazji do nich było wiele: awaria lub utrata statku na skutek rozbicia, zajęcia przez korsarzy, czy kaprów działających na zlecenie wrogiego kraju podczas wojny... Mimo to, w Gdańsku nigdy nie brakowało chętnych do uprawiania handlu morskiego i żeglugi. Liczebność Gdańskiej Floty nawet gdy na Bałtyku dzięki większym statkom, tańszym frachtom zaczęli dominować Holendrzy, rzadko spadała poniżej 70 jednostek.

W gdańskim porcie gościły też setki statków rzecznych. Według dawnych rejestrów były wśród nich szkuty, galary, komięgi, dubasy i oczywiście tratwy, które po zawinięciu do Gdańska i zbyciu towarów rozbierano, a drewno sprzedawano...
 
A wtedy... zwiedzano miasto? Korzystano z nadmorskich kąpieli?

 
Wracamy do czasów współczesnych.

Czy to miasto, czy to wieś?
Miasto wielkie niesie wieść.
Ale to rzecz niesłychana:
znaleźć w mieście Stogi... siana.
Nie krzycz tyle mój kolego,
Uczy mama od małego.
Ale co, gdy zwiedzić Wrzeszcz chcesz?
Wszyscy przecież mówią tu: wrzeszcz!


Ref. W każdym mieście są dzielnice,
Co mają swoje tajemnice.
Gdańska dzielnic więc śladami
Wyrusz na wycieczkę z nami.


Gdy masz diabla za uszami,
To Aniołki odwiedź z nami,
Może one tu mieszkają,
Może z Tobą się spotkają.
A gdy będziesz w Diabełkowie,
Za górami, gdzieś w Migowie,
Niech nie zdziwi cię ślad kopyt,
Tu diabełki robią psoty.


Gdy rycerzem zostać chcesz,
To ze sobą zawsze Chełm bierz,
Gdy zaś będziesz marynarzem,
Nowy Port ci drogę wskaże.
A gdy coś ci nie wychodzi,
I gdy nie wiesz o co chodzi,
Na Przeróbkę zrób wycieczkę
I coś przerób, zmień na lepsze!

Wycieczka po Gdańsku
Tekst: M. Stencel, Muzyka: M. Rybiński

Galeon Lew
 
Czujecie niedosyt? Aaa... gdzie są te dwa lwy? Nooo, przecież od dawna wiadomo: "jeden szczeka, a drugi warczy".

piątek, 26 maja 2017

Dzień mamy...

Jak nie mamy dnia, to może być tylko noc? Morze? Dzień Mamy- mamy, i każdej z tej okazji różne laurki, kwiaty, prezenty wręczamy.
 
Fot. Teresa Kiedrowska
 
Jedna z moich bardzo starych ciotek, gdy usłyszała, że mam pisać przedmowę do książki „Na ustach grzechu” Magdaleny Samozwaniec, jęknęła... (...) Chciałbym przypomnieć w kilku słowach pewną wygasłą sferę naszego społeczeństwa i jej zabawną apologetkę, gdyż lękam się, że bez tego nie tylko stare ciotki, ale i dzisiejsi ich wnukowie mogliby nie zrozumieć arcyparodii Magdaleny z domu Kossak...”
Słowo wstępu Jerzego Waldorffa z 1957 roku do książki „Na ustach grzechu”- zadedykowanej przez Samozwaniec Autorce „Trędowatej”
 
Każda kobieta- mama, przyjaciółka, dobra stara ciotka, babka  myślę, iż powinna na trendach się znać i wręczyć swojej latorośli tę książkę, aby... aby nie dostawać prezentów, w postaci chociażby takich ponadczasowych dzieł, tudzież listów:
 
Zosia spędza lato nad polskim morzem w jednej z miejscowości helskich. Ma dużo wolnego czasu, więc w krótko po przyjeździe zdążyła już napisać trzy list do „kraju”, każdy innej treści:
 
Droga Mamo!
Nudzę się jak mops. W nocy łapię muchy, a w dzień śpię na piasku. Tylko niebo uważa tutaj, że „kobiety są jak kwiaty” i podlewa je rzęsiście.
Jako towarzystwo mam kilka pań, które oznaczają się jakimiś psimi ruchami, ponieważ wciąż jedna drugą łapie za sukienkę, szarpie za rękaw lub ciągnie za brzeg kurtki.
- A z czego to? A skąd? - pytają się, badając gatunek materiału.
Nie wiem, dla kogo te wszystkie biedactwa się tak stroją, bo przecież tutejsi panowie nie zwracają na nie uwagi. Kiedyś ucieszyłam się bardzo, bo jakiś młodzieniec w tureckim fezie nastawił na mnie swój aparat fotograficzny. Nareszcie ktoś się na mnie poznał! - pomyślałam z ulgą.
Po dokonaniu zdjęcia, ku mojemu zdumieniu, ten uroczy mężczyzna wręczył mi kartkę i poprosił mnie uprzejmie o pięćdziesiąt groszy. (...)
Kiedyś leżałam w lasku i zamknąwszy oczy, wyobrażałam sobie, że spoczywam w letniej domowej kąpieli z zieloną, jodłową kulką. Nagle słyszę:
- O! Jesienny kwiatek wyjrzał do słońca!
Jak widzisz, nie pozostaje mi nic innego, jak zrezygnować z mężczyzn i oddać się całkowicie morzu i słońcu. Nie chcę dojść do tego, do czego dochodzą na Wybrzeżu wszystkie kobiety, to znaczy do kompletnego zatracenia wszelkiej ambicji... (...)” :)
Listy znad morza, Magdalena Samozwaniec
 
Pachnie laskiem, promyczki słońca muskają twarz, słyszymy szum fal morskich, a do serca zakrada się muzyka, którą będzie można usłyszeć przez najbliższe dni w Operze Leśnej w Sopocie. 
T Love. Wiadomo- Chłopaki nie płaczą, co najwyżej czują, chili Feel i słyszą anioła głos. Atrakcji muzycznych nie zabraknie. Na straży dobrej zabawy będzie stał nie tylko zespół Piersi, więc Będzie, będzie zabawa! Będzie się działo! I znowu nocy będzie mało. Co za tym idzie, publiczność po wyjściu z Opery Leśnej z pewnością będzie głośno i radośnie śpiewać, bynajmniej nie przeboje  Michała Bajora lubię wracać tam, gdzie byłem już, ale pod balkonami mieszkańców Sopotu: pokaż na co cię stać, na przemian z innym szlagierem: przez twe oczy zielone, zielone oszalałem. 
Kreatywni organizatorzy w bogaty repertuar wpletli również „uwielbiany” przebój wszystkich mam: Mamma mia!, bo też, jak to nie zanuci za Grechutą- Bednarek: ważne są dni, których jeszcze nie znamy lecz wyśpiewa List. Video?: Idziemy na plażę, na plażę... Sprawdzić ile jest prawdy w słowach zespołu Enej: a może nie będzie wiało w twarz?
Na koniec Hit Festiwalu, czyli w dzień trzeci, a może czwarty po nocy kabaretowej (Chyba, Kabaret Młodych Panów, Ani Mru Mru, Smile i...)- ...wraca do domu hrabia białomordy... Mrucząc pod nosem: będę walczył, będę kochał, będę się o ciebie bił? ... C-Bool? W ten weekend wszystkie drogi prowadzą do uzdrowiska... Sopot.
 
W tym miejscu, bardzo, ale to bardzo proszę nie pytać się mnie, czy kiedyś i ja napiszę: „50 twarzy Earl Greya”?
 
List do przyjaciółki był oczywiście zupełnie innej treści:
...Tu jest cudownie, mnóstwo panów... dancingi, kajaki we dwójkę... Poznałam prześlicznego młodego człowieka w tureckim fezie, który wciąż mnie fotografuje. Nie mów o tym nikomu, ale mamy się ku sobie. Oprócz tego mam jeszcze kilku fatygantów. Mam szalone powodzenie, ciągle mnie ktoś zaczepia. Wczoraj, gdy leżałam sama w lasku, jakiś przechodzień nazwał mnie „wrzosem”. Życie jest piękne... (...)”
Listy znad morza, Magdalena Samozwaniec
 
Hm. Samozwańcze wizjonerstwo kontra teraźniejsze wpisy na Facebooku?
 
Trzeci list? To zmieniamy „klimat”, kontynent, autora. Szperamy w bardzo kontrowersyjnej książce John'a Fante. 
List do matki zaczyna się tak:
Droga kobieto, która dałaś mi życie...”
 
 
I kolejna volta. Jeszcze poważniejsza nuta? W dniu wszystkich mam i... nie mam, czyli 26.05.2017 w Ergo Arenie Gdańsk/Sopot odbędzie się... Nie, nie mecz, a o godz. 20.00 koncert Live On Tour 2017 Hansa Zimmera- autora muzyki do znanych filmowych produkcji, chociażby takich jak:Król Lew”, „Cieńka czerwona linia”, „Incepcja”, „Batman”, „Piraci z Karaibów”, „Kod da Vinci”, „Inferno”, „Król Artur”... i tak, tak drodzy czytelnicy „Lepiej być nie może”.
Jeżeli ktoś jeszcze nie przypomniał sobie tego kompozytora, to... może zacytuję słowa pewnego profesora, wykładowcy akademickiego, specjalisty od strategii zarządzania: „człowiek, który nie uronił choćby łzy na Gladiatorze, jest bez serca”.
Trudno zapomnieć tę melodię...
 

piątek, 19 maja 2017

Śpiąca muza

Człowiek jest geniuszem, kiedy śpi.
Akira Kurosawa

 
Milczę?
milczę...
milcz-
ę...
Jestem?
jest-
em?
jestem!
Nie śpię?
nie...
śpię...
nie śpię!
 
The Sleeping Muse (1909-1910), Constantin Brâncuși
 
Czytam?
czytam...
czy-
tam?
Piszę?
Piszę,
pisz-
ę...
Wiersze,
wiersze...
wiersze?
Dream
 




piątek, 28 kwietnia 2017

Szlakiem żółto-czerwonym, czyli Oliwskie Święto Książki

Pewna T. pojechała na Oliwskie Święto do Trójmiasta
Nabyć cudną książkę z dedykacją chciała niewiasta
Lecz jak się na miejscu okazało
Zacnego Autora już z rana ze stoiska wywiało
Herbata z prądem, Lwia Paszcza i... basta!
 
"A wiało, oj wiało..." Teresa Kiedrowska; 
Zimowy „Limeryk” Antydepresyjny, 22.04.2017 :)
Dwadzieścia jeden oficyn wydawniczych z regionu miało zaprezentować swoją ofertę wydawniczą: nowości, archiwalia, a także możliwość zdobycia wspomnianych autografów od autorów. Ale, ale w godzinach... Dokładnie do godziny osiemnastej, powiedziałabym nawet co do minuty, jak wieść gminna niesie tak właśnie było. Ponieważ pojawiłam się tuż, tuż przed rzeczoną godziną zamknięcia- na mnie czekały inne atrakcje... 
  Fot. Teresa Kiedrowska
To był pierwszy tekst. Po kilku następnych, i ja w głowie miałam swój pseudolimeryk. Nie, nie ten poniżej...
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Literatura na drzewie. Tak jedną z gratek reklamował organizator. Hm. Dlaczego na drzewie? Szlak targów wyznaczały lipy rosnące przy ulicy Raciborskiego. Każde drzewo zostało przewiązane żółto-czerwoną kokardą. Pomiędzy nimi, zawieszone na linkach, fantazyjnie na wietrze powiewały fragmenty książek dostępnych na kiermaszu. Z daleka, te kolorowe zdjęcia z albumów, rysunków, komiksów, strofy wierszy, teksty książek przypominały... tybetańskie flagi modlitewne? Choć niektórym z nas skojarzyły się lokalnie- marynistycznie, czyli z oflagowaniem statku.

 
 
 
Gdy teraz siedzicie przed monitorami komputerów w ciepłych paputkach i sobie tak przeglądacie zrobione przeze mnie zdjęcia... Cóż sobie myślicie? Frywolne treści? Gorąca atmosfera targów? Nic z tych rzeczy. Aura nie rozpieszczała nikogo tego dnia. Było bardzo zimno i wietrznie. Momentami prószył śnieg, a już na pewno czytając poniższy tekst, każdy mógł poczuć się przynajmniej jak na Evereście.
A to rewers:
Płachta namiotu łopoce głośno. Razem z wyciem wiatru i stukaniem zlodowaciałego śniegu brzmi to jak huk. Obracam się w śpiworze i już nie wiem który raz, mając nadzieję, że wreszcie uda mi się zasnąć...
Dosyć. Podnoszę się z posłania i zapalam latarkę. Smugą żółtego światła próbuje namierzyć palnik i kubek. Jest! Rozpalam maszynkę. Jej szum działa na mnie kojąco. Przypomina mi odgłos czajnika w którym Celina gotuje wodę na herbatę w naszej kuchni. Nalewa do kubka i podaje mi z tym swoim uśmiechem. (...)
Na chwilę wychodzę z kubkiem przed namiot, żeby nabrać trochę śniegu. Brrr!!! Dosłownie chwila bez rękawiczek, a ja już nie czuję rąk. (...) Trochę to potrwa, zanim śnieg zamieni się w wodę, na dodatek tak gorącą, żeby można było zaparzyć herbatę. Tu, na wysokości ośmiu tysięcy metrów, nic nie działa normalnie. Woda, która w zwykłych okolicznościach grzeje się dosłownie chwilę, w Himalajach gotuje się wieczność. Na jednej z wypraw zrobiliśmy kiedyś doświadczenie- zmierzyliśmy czas gotowania jajka na twardo na wysokości 8200 metrów. Trwało to dwie godziny... Ale jak smakowało!”
Zdobyć koronę. Opowieść o Jerzym Kukuczce, Anna Czerwińska-Rydel, Wydawnictwo na szczyt
I tak zziębnięta, tańcząc przez kilkaset metrów na palcach, aby złapać w dłonie trzepoczące na wietrze kolejne strofy, słowa, dotarłam ku swojemu zdziwieniu do czynnego jeszcze stoiska Oficyny Wydawniczej Tysiąclecia. Nie mówię, że w tym momencie największe moje zainteresowanie wzbudził plastikowy kubeczek z gorącą herbatą pomiędzy tytułami, ale...
 
Jak w ten ziąb wpisać kolejną propozycję organizatora- Katalońskie Walentynki? W Hiszpanii Międzynarodowy Dzień Książki obchodzi się w specyficzny sposób. Panowie obdarowują panie różami, a w zamian otrzymują... książki. A w Oliwie?
 
Dodam tylko, że ten mężczyzna wyglądał tak, jakby wygrał milion dolarów. Po prostu szedł ulicą i całemu światu wymachiwał z radością swoim nowym nabytkiem.
I róża...
Oczywiście nie ma róży bez kolców. Dni książki są poświęcone licznym, powiedziałabym dywagacjom na temat bardzo bliski wszystkim twórcom: plagiatowi. Mistrzami plagiatu są oczywiście, niestety ludzie... „pióra”. W dzisiejszych czasach, standardem jest przecież użycie zamiast pióra, po prostu długopisu do przepisania na przykład Potopu, aby uznać je za dzieło własne. Tudzież uprawianie inną czcionką, tak zwanej twórczości „inspirowanej” szeroko pojętym „oknem na świat”. Czytaj: „Windowsem”. Taka prawnicza... farsa?
Dokonując trawestacji słów śpiewającego polonisty W. Łuszczykiewicza: „zawód muzyka, to... zawód”. Każdy człek, który uważa się za artystę w miejsce zawodu, wystarczy, że wpisze odpowiedni... zawód.

Ostatnie czynne stoiska należały do punktu prowadzonego w ramach akcji Wolnej Wymiany Książek oraz Wydawnictwa Wiatr od Morza.
W tym miejscu, nawiązując do oferty tego wydawnictwa, przytoczę tylko jeden cytat z dzieł wybranych Michaela Crummey'a:
Dobra książka nigdy człowieka nie zawiedzie.
Rzeka złodziei
Trzeba dojrzeć,
aby dojrzeć... (J.Sz.)

Ave