czwartek, 30 kwietnia 2015

Majówka

A góry nade mną jak niebo,
a niebo nade mną jak góry...

 Fot. Teresa Kiedrowska


Tu miały być cztery anegdoty. Pierwsza, jak najbardziej na czasie, dotyczyła pracy, mojego przybycia do Warszawy. Przy tej okazji, miałam Was zanudzać między innymi opowieściami o prusakach i prusakach, Prusach, Gdańsku, Sobieskim oraz mojej dewizie herbowej... Druga dotyczyła pewnego zdarzenia i zasłyszanej anegdoty na temat Piłsudskiego, Paderewskiego, Skłodowskiej, budynku ze zdjęcia, a powiązana była z pierwszą. Trzecia, to chyba najpiękniejsza, najbardziej wzruszająca opowieść przewodnika, którą przypadkiem udało mi się ostatnio usłyszeć i łączyła się niejako dwiema pierwszymi. I czwarta jak klamra spinająca... najprawdziwsza z prawdziwych, krótka historia z życia pewnej mądrej kobiety i jej jedna z przypowieści dla wybranych.

Ale jest przecież wiosna...


maj i kocham ten kraj.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Jak w szwajcarskim zegarku

Warszawa. Wiosna. Czas testów gimnazjalnych. Czas matur. Czas podejmowania ważnych decyzji. Decyzji, które mogą rzucić światło lub cień na całe życie młodych ludzi. Ale czy są to wybory nieodwołalne, ostateczne, tak jak im się często za sprawą dorosłych wydaje?
Spójrzmy na te dzieci. Czy one tak beztrosko bawiąc się, myślą o tym jak schwytać marzenie?


Idziemy dalej... Gdzie teraz jesteśmy? Poznajecie? Byliście tu kiedyś?
 
Znajdujemy się w dawnej posiadłości rodu Krasińskich. W tym domu, mieszkał i tworzył Zygmunt Krasiński. Obecnie mieści się tu Salon Akademii. Tak, przebywamy na terenie Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.


A to kopia kondotiera Bartolomeo Colleoniego z Bergamo. Rzeźby wykonanej w latach 1481-1488 przez Andrea del Veroccnio, której oryginał znajduje się w Wenecji. W miejscu, w którym teraz stoję, czuć zapach wiosny, farb olejnych i werniksu. Prawda, że idealny klimat dla twórców? Spójrzmy na ich dzieła. Wyjdźmy na chwilę na zewnątrz budynku. Napis z narożnika domu, w którym nad każdym słowem pracował poeta.
Idźmy dalej wzdłuż ulicy Traugutta, w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Teraz widzimy kolejny piękny, jasny budynek tego zespołu pałacowego, a naszym oczom na ścianie ukazują się... dzieła sztuki?
Sztuka oczyszcza? Wróćmy i sprawdźmy.
Czy ta dziewczyna wygląda na kogoś, kto zastanawia się, że do konia, nie podchodzimy od tyłu, byka od przodu, a idioty w ogóle?
A tu zaprezentuję obrazek, który najbardziej mnie ujął. Nie wiem, czy dokładnie widać subtelnie, ale i z pazurem wyryty napis: „ASP jest pod psem”. 

W takim razie co robią tu ci studenci. W zdecydowanej większości młodzi ludzie, którym wielu realistów doradziłoby i doradza coś „twardego”, coś konkretnego, zawód, który zapewni bezpieczeństwo, stałe dochody, szansę na lepszą przyszłość.
Co robią? Teraz... Do moich uszu dobiega śmiech młodych ludzi. Najbardziej się śmieje człowiek jadący na skuterze. Wąską dróżką zmierza w kierunku ławki na której niczym na trybunie odpoczywa wielu jego rówieśników. Roześmiana młodzież siedząca na oparciu ławki, kiwa w jego stronę dłońmi jak na powitanie. Właściwie wyglądają tak, jakby czekali na jakieś przedstawienie. Chłopak podjeżdża, wskakuje za nim na siodełko jego kolega. Robią małą rundę dookoła placyku, który znajduje się w sercu uczelni. Cieszą się tak samo, jak te dzieci z pierwszego zdjęcia.
Przyglądam się. Czy z okna wyjrzy jakiś wykładowca, dziekan? Nic takiego się nie dzieje, a w moim aparacie rozładowują się baterie. Tak jakby i on chciał powiedzieć: i ty ciesz się tą chwilą, tym widokiem, tą atmosferą.
Kiedy ich mijam, kolejna osoba zamienia się miejscem z pasażerem, i następuje kolejna, i kolejna rundka. Symboliczna trybuna przypomina teraz przystanek.
Przystanek? Warszawa Starówka. A cóż to za wystawa? To prace Yanna Arthysa-Bertranda, urodzonego w Paryżu fotografa, dziennikarza i ekologa, który zasłynął w świecie spektakularnymi zdjęciami z lotu ptaka. W 1993 roku rozpoczął realizację wpieranego przez UNESCO projektu Earth from above, czyli Ziemia z nieba. Zdjęcia z tego projektu pokazywane były w ponad 100 miastach na całym świecie. 


W tle Stadion Narodowy, a przede mną książka Gordona Ramseya Na samym szczycie. Wiecie kim chciał zostać w przyszłości mały Gordon? Piłkarzem. Jak sam przyznaje, była to po części jego pasja, ale przede wszystkim chęć uzyskania aprobaty szowinistycznego ojca, wtedy jeszcze trenera piłkarskiego. Chłopak miał niewątpliwy talent. Dobre zarobki, splendor i... kontuzja. Kiedy Gordon postanowił po tym zdarzeniu zmienić zawód - zostać kucharzem, jego ojciec orzekł, że jest to zawód dla „bab” i przestał się do niego odzywać. Gdy jego zadziwiający talent kulinarny, biznesowy, imponująca osobowość zaprowadziły go na szczyty pierwszej ligi gastronomii, a przy tym stworzył kochającą i wspierającą się rodzinę, jego ojciec tuż przed śmiercią, spotkał się z nim tylko raz, aby... aby powiedzieć mu, że uważa go za zmanierowanego snoba i bufona.
Wróćmy do projektu, który Arthus-Bertrand zrealizował na zaproszenie Switzerland Tourism w 2013 roku, czyli Szwajcaria z nieba.

 Fot. Teresa Kiedrowska

Koło przystojnego człowieka w garniturze, oglądającego tę plenerową wystawę przystaje kloszard.
- I co magisterku?
Zadbany mężczyzna, kątem oka, nawet nie tyle co spogląda na żebraka, co kontroluje sytuację dookoła siebie i odruchowo poprawia przewieszoną przez ramię torbę z laptopem.
- Tak, tak do ciebie mówię, nie poprawiaj tak tej torebeczki. Lepiej byś się wziął do jakiejś prawdziwej, uczciwej, porządnej roboty.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Na przednówku po włosku

Podróżnik widzi to, co widzi,
wycieczkowicz widzi to, co chce zobaczyć.

G.K. Charleston


W mieście powietrze ani drgnie i coraz mocniej się nagrzewa. Ludzie zamiatają schody, otwierają okiennice i witają sąsiadów, jakby właśnie wrócili z trwającej wiele miesięcy podróży. Czuć w nich optymizm, jak gdyby nadchodząca wiosna zwiastowała najlepsze lato ich życia. Nieznajomi, którzy myślą, że jesteśmy pierwszymi turystami, pozdrawiają nas, jakbyśmy byli jaskółkami zlatującymi się na wyspy, a kelnerzy w nowo otwartych kawiarniach wypróbowują na nas mocno zawyżone ceny i czekają na naszą reakcję. Wystarczy, że zmarszczymy brwi, a już dostajemy zniżkę. Brak reakcji oznaczałby, że przez całe lato płacilibyśmy wyższą cenę.
Sprzedawca ryb też próbuje szczęścia. Chociaż zostaliśmy mu przedstawieni, aby liczył nas jak miejscowych, on mimo to, szczerząc zęby, żąda od nas wygórowanej kwoty.
Pewnego dnia, ciągłym przypominaniem, targowaniem się, jesteśmy bliscy zrezygnowania raz na zawsze z jego usług.
Stoję, pilnuje wózka i psa, a Rohan zajmuje kolejkę.
Po chwili moja żona odchodzi od stoiska, ale bez ryby.
- Co się stało? - pytam.
- Widziałam, jak ta kobieta przede mną kupuje dużego lucjana. Zerknęłam na paragon, więc wiem ile od niej wziął. A kiedy chciałam kupić dwa razy mniejszą rybę, próbował mi policzyć dwa razy tyle co tej kobiecie.
- I co powiedziałaś?
- Nic.
- Dlaczego?
- Nie chciałam robić sceny?
- I co, tak po prostu wyszłaś?
- A co miałam zrobić?
Kiedy wspominamy o tym incydencie Justine, ta odpowiada, że to normalne. Nie ma w tym żadnego oszustwa. Być może ta kobieta pracuje w sklepie obuwniczym i daje sprzedawcy ryb niezłą zniżkę na kapcie. A może jej mąż jest mechanikiem i kiedyś zreperował mu skuter za darmo. Nigdy nie wiadomo. Sprawa wygląda tak, że nie mamy do zaoferowania żadnych produktów, ani usług na wymianę i chociaż mieszkamy tutaj, zdobyliśmy zaufanie, to na razie powinniśmy się cieszyć, że dostajemy od tego sprzedawcy świeże ryby; zna nas, więc nie będzie chociaż próbował wcisnąć starzyzny.

Finding Nino, Marc Llewellyn

To fragment powieści sfrustrowanego wyścigiem szczurów Australijczyka, który porzuca pracę i wraz z żoną, dzieckiem przeprowadza się na Lipari, jedną z przepięknych Wysp Wichrów niedaleko Sycylii.

Rok spędzony na uprawie oliwek i pomidorów, wśród lokalnej społeczności, blisko natury i z dala od zgiełku sprawia, że autor... 

 Fot. Teresa Kiedrowska




Zapewne, między innymi zapoznał się z słowem mercato. Mercato dosłownie oznacza – targ, rynek. Pogardliwie przetłumaczylibyśmy jako zamęt, zamieszanie, chaos. Dla Włocha giorno di mercato (dzień targowy) oznacza, że w tym określonym dniu tygodnia, w danej miejscowości, zostaną zamknięte wybrane ulice, a mieszkańcy mogą korzystać z zakupów na przydrożnych straganach. Trudno to nazwać jarmarkiem, kiermaszem, jak niektórzy sugerują, ponieważ takie targi odbywają się regularnie co tydzień.


Fot. Teresa Kiedrowska

Natomiast ja, ten fragment książki, dedykuję tym wszystkim, którzy wybierają się na kiermasz gastronomiczny w samym centrum Warszawy, a którzy skarżą się na „drożyznę”. 
Rada? Od samego początku, czyli od słowa: targ, targujemy się, dobijamy targu.
Ponieważ stoiska te, w zdecydowanej większości są obsługiwane przez  Włochów, wszystkim miłośnikom tego kraju, kuchni, kultury polecam zwłaszcza szansę na konwersację.  Dla pozostałych jest to okazja na przypomnienie sobie angielskiego, porozumiewania się za pomocą rąk, kartki, a nawet terminów muzycznych: mezzo.

"Chili": degustujemy, a przede wszystkim negocjujemy!
To swoista i specyficzna  południowa przyprawa do zakupów.

 Fot. Teresa Kiedrowska

Choć osobiście, za najważniejszą przyprawę w kuchni włoskiej uważam... parmezan. I takie właśnie sery, o różnym stopniu dojrzewania, niespotykane w żadnym ze sklepów na terenie Polski, a więc jak się domyślamy o różnej, czasami zawrotnej cenie znajdziemy na tym targu.

 Fot. Teresa Kiedrowska

Nie muszę dodawać, że i makarony. Choć mnie najbardziej zaintrygowała oferta makaronu z pokrzywą.

A na deser? Sycylijskie marcepany.

 Fot. Teresa Kiedrowska

Gdzie znajduje się to targowisko? Na Placu Konstytucji. Trudno tam nie trafić, ponieważ z daleka widać powiewające radośnie na wietrze liczne włoskie flagi.
 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Miejska legenda

Najlepszym sposobem na przepowiedzenie przyszłości jest wykreowanie jej.
 
Alan Kay, twórca myszki komputerowej

Anthony Robbins, czołowy guru na polu motywacji, w książce Unlimited Power opowiada między innymi o tym, jak to w 1953 roku zapytano studentów Uniwersytetu Yale, czy mają wyznaczone cele, jak chcą je osiągnąć. Okazało się, że tylko 3 proc. z nich dokładnie wiedziało, co chce, będzie robiło w przyszłości. Dwadzieścia lat później, te 3 proc. osiągnęło znacznie więcej niż pozostałe 97 proc. Wg Robbinsa, cieszyli się również lepszym zdrowiem, relacjami społecznymi. Mówi się, że taką moc ma wyznaczanie sobie celów.
Również 90 proc. innych analiz na temat istoty wyznaczania celów, pokazuje, że obecność określonych planów, wyzwań pozwala w większym stopniu uzyskać lepszy wynik, niż w przypadku złożenia: „zrób to najlepiej jak potrafisz” albo w skrajnym przypadku, gdy planu w ogóle nie było.
Ale niektórzy twierdzą, że badanie z Yale jest niczym innym jak „Miejską legendą”.

- Czytałaś ten wywiad - zapytała A. wskazując palcem kolorowe zdjęcie w pewnym czasopiśmie.
- Czytałam – odpowiedziałam.
- Powiedz jak to możliwe... tu jest napisane, że on ma teraz 37 lat? - drążyła temat jak w transie A.
- Tak - wtraciłam i uśmiechnęłam się, domyślając się o co chodzi.
- …jest miliarderem, który do wszystkiego doszedł własną pracą, a firmę prowadzi od 25 lat. Słuchaj, to on musiałby... Tak, to on musiałby mieć 12 lat jak złożył własną firmę! - wykrzyknęła A.
- Też się nad tym zastanawiałam. Wróciłam nawet do słowa wstępu, aż mnie olśniło i sprawdziłam. On ma po prostu 47 lat, a to jest błąd w druku.
- Błąd?! W takim miesięczniku?! Do tego w artykule w którym pytają kreatywnego człowieka, biznesmena jak został miliarderem? Hmmm. Zresztą nic dziwnego, że muszą pytać - dodała już spokojniej.
- A to dlaczego?
- Wiesz, jak ktoś nie potrafi policzyć do dziesięciu, to raczej ma marne szanse na taki sukces Od zera do Miliardera.

Uśmiechnęłam się i dodałam:
- A mnie w tym wywiadzie zaintrygowało ostatnie zdanie.
- Jak powiedział, że najbardziej drażnią go pytania, gdzie będzie za pięć lat?
A. spoglądała teraz na mnie badawczo.
- Ciepło, ciepło... - odpowiedziałam.
- Zaintrygowało cię, że dziennikarz przekornie jednak zapytał: „A gdzie pan będzie za pięć lat?” - zapytała z niedowierzaniem w głosie.
- Nie tyle pytanie, co odpowiedź: „nie wiem”.

Miejska legenda? Hm.

sobota, 4 kwietnia 2015

środa, 1 kwietnia 2015

Nie na żarty, a nienażarty, czyli czwartkowe prima aprilis

Gdy doskonały lekarz Periander zaczął pisać marne wiersze, Archidamos zwrócił się do niego z pytaniem:
- Czemuż to, Periandrze wolisz być złym poetą, niż dobrym lekarzem?

Plutarch, Apoftegmaty lakońskie


Nie wiem jaką ów mędrzec otrzymał odpowiedź, natomiast mnie, jeden z Czytelników zapytał dlaczego przestałam pisać?


W korespondencji padło pytanie, swoiste sugestywne uzasadnienie: „Czyżby wygrała pani milion?” Przyznam, że trop tego ewentualnego powodu, trochę mnie zdumiał, a i przywiódł na myśl Magdalenkę Samozwaniec, z domu Kossak, primo voto Starzewską, secundo voto Niewiadomską.

Pewien milioner ogłosił oryginalny konkurs. Warunki owego brzmiały następująco: „Podaje się w drodze losowania dwie dożywotnie pensje, w sumie pięć tysięcy dolarów miesięcznie, dla literatów i poetów, którzy wyrzekną się na całe życie wzięcia pióra do ręki. Nagrodzeni będą przez cały czas przebywali pod ścisłą kontrolą zaufanego człowieka, wybranego przez ofiarodawcę nagrody”.

Kandydatów zgłosiło się multum. Wśród nich znalazły się sławy, nazwiska zdolnych, ale słabo zarabiających pisarzy, jak i grafomanów.
Dożywotnią pensję za niepisanie dostali Mr Brown i Mr Smith. Do obu nagrodzonych przydzielono dwu literatów jako sumiennych kontrolerów, którzy mieli za zadanie baczyć nad tym, aby owi pisarze nie brali pióra do ręki. Z chwilą, gdyby któryś z kontrolerów zauważył u jednego z nagrodzonych podejrzane gesty, nagroda natychmiast miała być cofnięta.

Mr Brown kupił sobie domek z ogródkiem, w którym pracował cały dzień, a na weekendy wyjeżdżał nad morze wraz z młodą żoną i nieodzownym aniołem stróżem. Stróż ów, był więcej niż aniołem i ogromnie ubolewał nad dolą swojego pupila.
- Szkoda pańskiego talentu, Mr Brown – mawiał z westchnieniem. - Tak się szczerze można było uśmiać z pańskich felietonów w „Echu”. Czytywałem je z prawdziwą przyjemnością.
- Redaktorzy jednak płacili mi niewiele, lub wcale. Trudno było za to wyżyć. Mogę panu zaręczyć, że teraz, kiedy nie potrzebuję pisać, a mimo to mam uczciwa pensję miesięczną, czuje się najzupełniej szczęśliwy.
- Gdyby pan jednak nie mógł wytrzymać i coś sobie napisał ukradkiem, tylko dla własnej przyjemności, to ja przyrzekam, iż nie zrobię z tego użytku.
Pisarz roześmiał się szeroko:
- Jaki pan zabawny, Mr Kontroler. To tylko niepiszącym może się wydawać, że pisarz pisze „dla własnej przyjemności”. Pisanie to ciężki kawałek chleba, czego najlepszym dowodem brak na świecie literatów- milionerów, którzy by pisywali ot tak sobie, „dla własnej przyjemności”.
- Ależ talent...
- Talent – przewał kontrolerowi literat - jeśli jest prawdziwy, może się przelać na inny dział sztuki, tak jak rzeka, której zmienili koryto. Nie jest wcale powiedziane, czy z czasem nie zacznę malować lub komponować...

Drugi nagrodzony, Mr Smith, bardzo ciężko znosił swój dobrobyt okupiony wyrzeczeniem się pracy literackiej. Często popadał w melancholię, co niezmiernie radowało przydzielonego mu kontrolera o złośliwym charakterze. Raz chciał napisać list do siostry, ale wówczas, ów diabeł stróż stanął przy nim z groźnie wyciągniętym palcem
- Aaa, ładnie! Co to ma być?! - wykrzykiwał.
- To tylko list do siostry...
- Może go pan mnie podyktować. Jeśli to się jeszcze raz powtórzy, to natychmiast doniosę o tym mojemu szefowi!
Nieszczęsny pisarz, idąc kiedyś wieczorem do łazienki, zdołał przemycić przed groźnym wzrokiem swojego cerbera ołówek. Papier był pod ręką, natchnienie też, więc wkrótce piękna poezja, skreślona gorączkowym pismem, ujawniła się na małym świstku papieru:

Bosą stopą brodzę we mgle po pas
we mgle, która jest tobą...
Tętni we mnie tętno pracujących mas
Mas, które życie winne grobom.
Tylko jeden jedyny raz trzeba
być tak z wszechrzeczą zespolonym
Nade mną barłożą się zwoje nieba
Zwarte zapachem chleba słonym...

I gdzieś dalej, na zwoju wytwornego papieru ołówkiem wyskrobał... A może na ścianie?:

Marzec- Marcowe Idy
Idą ciągnąc się pasmem fiołkowym
Twoje piersi jak wiszące ogrody Semiramidy
pączkami róż zakwitły
różanymi...
By je dotknąć czubkami mych warg
kładę się u twych stóp
jak zdeptana miłością
gąsienica
Bez słów...

Magdalena Samozwaniec, Piękna pani i brzydki pan


Jak się pewnie domyślacie, nazajutrz, literat zatelefonował do multimilionera, iż zrzeka się swojej dożywotniej pensji na rzecz talentu, który jak się wyraził, rozpiera go.


Wróćmy do miliona, multimiliardera i intuicji Czytelnika Czwartkowej herbaty. Rzeczywiście od jakiegoś czasu, na ekranie mojego komputera pojawiały się cudowne informacje: „Wygrałeś 1.000.000”. Wyświetlało się ich całe mnóstwo, u góry, na dole, z boku, na środku. Spadały zewsząd na monitor, niczym listki w bajce o „Żwirku i muchomorku”. Zakrywały subtelnie i tajemniczo ekran, tak, że przestawałam widzieć wybrane w internecie strony do czytania. Tym sposobem, na początku roku przestałam widzieć cokolwiek. Ponieważ było to kolejne tzw. „stawianie systemu”, a na moje słodkie pytanie: „skąd mój komputer niczym gąbka chłonie te wirusy”, otrzymywałam, równie słodką odpowiedź: „z internetu”.
 
Tak, są na tym świecie ludzie, którzy twierdzą, iż herbata jest słodka nie od posłodzenia, ale od mieszania.
 
Jeśli ktoś twierdzi: „Jeszcze się okaże, kto miał słuszność” w sprawie, w której w najbliższej przyszłości okazać się w ogóle nic nie może, zauważamy jak w tym dowcipie:
Przy łóżku chorego sprzeczali się kiedyś dwaj lekarze.
- To jest tyfus plamisty - mówi pierwszy.
- To jest cholera – mówi drugi lekarz.
Na to pierwszy:
- Sekcja zwłok wykaże, który z nas ma słuszność.

Diagnoza: wirus. A zwykły człowiek, użytkownik właściwie maszyny do pisania, tak dążąc do posiadania coraz to lepszych, rzekomo bezpieczniejszych wersji oprogramowania, musi pamiętać, że nowa wersja to stary program tylko z nowymi błędami.

W końcu mam czysty system, a... program antywirusowy po krótkim użytkowaniu znowu wyświetla całą listę znanych malware, rootkitów umieszczając je w kwarantannie. Nienażarty internet, nawet w stanie spoczynku transferuje jakieś informacje, pochłaniając przy tym kosmiczne ilości bajtów. I kolejny raz, pojawia się błękitny ekran w najmniej odpowiednim momencie. Znacie ten stan beznadziei, w którym niektórzy adoptują radę sławnego Polaka: „stłucz pan termometr, a nie będziesz miał gorączki” lub... zamieniają klawiaturę na scrabble. Widziałam na własne oczy. Można.



Mnie natomiast, zaintrygował ów szczodry człowiek, rozdający miliony i tym razem postanowiłam wnikliwiej poobserwować ciąg zdarzeń. Hm.
Nie będę odkrywcą.
Główny oręż piratów stanowi umiejętność zaskakiwania innych. Nikt nie mógł uwierzyć, że można być tak zachłannym i bezlitosnym, a potem było o wiele za późno.
Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów

Idąc tropem myśli autora dodam, że przeciętny policjant amerykański, zważywszy na chamską treść i sposób działania tej zarazy, urwałby jej łeb i zaniósł do laboratorium celem ustalenia... wścieklizny?

W międzyczasie, ktoś zaczął mnie nękać telefonami, do tego stopnia, że podczas mojej nieobecności doprowadzał aparat do rozładowania. Nr był zastrzeżony, toteż trudno było nawet oddzwonić. W końcu udało mi się odebrać połączenie:
- Dzień dobry!
- Dzień dobry!
- Mam dla pani super propozycję... – niczym karabin maszynowy wyrzucił z siebie nieuprzejmy, niecierpiący odmowy kobiecy głos.
Przerwałam w połowie zdania.
- A cóż to jest za propozycja, iż nękacie mnie Państwo telefonami o każdej porze dnia i nocy – zapytałam rzeczowo.
- Nikt do pani nie dzwoni. Już minęły czasy, gdy telefonistka wybierała numer ręcznie i dzwoniła do klienta. System panią wybrał – odpowiedziała rezolutnie.
Taaak, sobie pomyślałam. Coś w tym jest. System.
- Nie system, tylko informatyk, który napisał ten program... – powiedziałam z nutką sarkazmu w głosie, pomijając logiczny fakt, że nikt do mnie nie dzwoni.
Natomiast kobieta, dość bezczelnym tonem, niezrażona moją uwagą kontynuowała.
- Skoro pani wie, to przejdźmy do rzeczy. Jak już wspomniałam, mam do przedstawienia dla pani bardzo ciekawą ofertę.
Myślę, że wiele osób, już na początku, bez żadnych wyjaśnień, przerwałoby tę rozmowę, wybierając zdecydowanym ruchem palca zieloną słuchawkę na klawiaturze. A na pewno teraz. Nie mniej, ja powodowana ciekawością, niewinnie zapytałam:
- Dobrze. Ale może zaczniemy od ustalenia kim pani jest, kogo pani reprezentuje i skąd ma pani mój nr telefonu.
W tym momencie telefonistka niezrozumiale i z łaską wycedziła jakieś imię i nazwisko, nazwę znanego wydawnictwa, parającego się również reklamą, którego nazwy z czystej ludzkiej przyzwoitości, a i ostrożności procesowej nie wymienię. Z dalszych wyjaśnień mojej rozmówczyni wynikało, że znajomość mojego nr telefonu nie powinna mnie dziwić, bo przecież zna go mój operator i tym samym mają do niego dostęp wszyscy współpracujący z nim partnerzy. A jej firma właśnie do takich należy. O tym ostatnim fakcie poinformowała mnie z niejaką dumą w głosie. Następnie jej ton powrócił do swoistego sarkającego starorzecza.
- A teraz musi (sic!) mi pani tylko dać odpowiedź na kilka pytań.
- Przecież miała mi pani przedstawić jakąś ofertę – zaoponowałam zdumiona.
- No tak, ale aby ją przedstawić, muszę coś o pani wiedzieć.
- A cóż takiego chciałaby pani na mój temat wiedzieć?
Jak się okazało, no po prostu wszystkiego kobiecina chciałaby się dowiedzieć. Taka ciekawa. A jak. Chciałaby poznać moje imię, nazwisko, datę urodzenia, adres, zarobki, NIP, nr buta, kołnierzyka etc. Szczerze powiedziawszy, to nie wiem, kto w dzisiejszych czasach, jakieś bliżej nieokreślonej pani X., dzwoniącej z zastrzeżonego nr telefonu udziela takich informacji. Może dlatego przypomniała mi się sławetna rozmowa Marka Twaina z pewnym dziennikarzem, i już, już mnie kusiło, aby udzielać takich odpowiedzi, ale z braku czasu, gwoli wyjaśnienia i zamknięcia tematu dość chłodno powiedziałam.
- Wie pani co, uczyłam się manipulować głównie po to, aby mną nie manipulowano. Rozmawiam z panią, ponieważ jestem spaczona zawodowo i byłam ciekawa, jak pani poprowadzi tę rozmowę.
- Ale przecież ja panią nie manipuluję – wykrzyknęła wściekła.
- A jak pani nazwie to co pani robi?

Zgadnijcie co odpowiedziała.

Od następnego dnia i mój telefon okazał się być niczym Howard Stern zwycięzcą. Wystarczyło teraz, na tę kawalkadę smsów odpowiedzieć: zgoda, tak, a już tylko krok dzielił mnie od tego, abym stała się posiadaczką wielu rozmaitych wygranych, a z pewnością miliona... smsów.
Komentujący to zdarzenie D. Szpakowski powiedziałby: „a w drugiej połowie na boisko wejdzie dwóch piłkarzy, którzy do tej pory grali na ławce rezerwowych, w tym jeden to syn Apoloniusza, czyli brat jego dziadka, drugi mimo mrozu będzie eksponował swoją męskość i strzelą 18 razy 9 goli. Oczywiście żartuję, mówię poważnie”.

Drogi Czytelniku! Urodzony 1 kwietnia - Milan Kundera w Księdze śmiechu i zapomnienia zawarł takie zdanie: „Powieść jest wymysłem ludzkiej iluzji, że możemy zrozumieć drugiego człowieka”. 



A Ci, którzy rozumieją jedynie to, co da się wytłumaczyć, niewiele rozumieją. Taki żarcik Wszechświata? Jak tu nie pisać? No i jak tu pisać?