czwartek, 30 stycznia 2014

Najdalej

- Na szczycie? A nie można było wejść wyżej? - dopytywał dziadek.
Rozglądnęłam się dokoła. Wszystkie drzewa zdecydowanie były niższe, a i otaczające mnie wzgórki morenowe raczej nie rokowały na rekord. Jakby nie patrzeć, Everestu w zasięgu wzroku nie dojrzałam.
A dziadek? Pewnie sobie tak palił i myślał jak mnie sprowadzić bezpiecznie, mądrze na ziemię. Zadanie nie było proste, ponieważ dziecko w tej rodzinie, z samego założenia było... „święte”. 
- Nie dziadku, nie ma nic wyżej – rezolutnie odpowiedziałam, patrząc jednocześnie rozpromienionymi oczyma na drabinę leżącą na ziemi.
- Dziadku, a skąd masz taką drabinę?
- Zrobiłem z tych gałęzi, które połamaliście.
- Kiedy zdążyłeś zrobić? Ja nie widziałam.
- Jak wy się tam wdrapywaliście.
Z punktu widzenia kilkulatka, umiejętności, tudzież charakteru dziadka odpowiedź wydawała mi się być wielce prawdopodobna.


Dziadek skończył palić. Wstał. Po spojrzeniu było widać, że ocenia sytuację, jednocześnie kontynuował rozmowę.
- A jak nie można wejść wyżej, to może tam zostaniesz i gniazdo wybudujesz?
- Przecież nie jestem ptakiem – zbita z tropu oponowałam.
- No właśnie. A chcesz zlecieć z tego drzewa, jak to mi wytłumaczysz?
Na to pytanie nie potrafiłam odpowiedzieć, a dziadek precyzyjnie ustawiał drabinę pod drzewem. Oczywiście jej koniec nie obejmował połamanej części. Śmiem twierdzić, że nawet specjalnie.
- Wejść wyżej nie można, gniazda budować na czubku nie chcesz, latać też nie, to może na zdrowych nogach, chciałabyś dojść oczywiście jak... najdaaalej? - z niejakim przekąsem w głosie zakończył to zdanie.
Tak. To była jakaś alternatywa.
W tym samym czasie, asekurowana spokojnie schodziłam na ziemię, nawet z brakiem tych gałązek sobie poradziłam.

Oczywiście dziadek może i wiedział jak schować przed nami drabinę. Ba, on nawet wiedział jak skutecznie ukryć partyzanta, tak, aby przeżył i... zdefiniował, ciekawemu wszystkiego dziecku, pojęcie: „najdalej”.*

* Temat kontynuuje, na wyraźną prośbę jednego z czytelników. Najdalej, zgodnie z potwierdzonymi faktami, w kilka najbliższych czwartków – „po mieczu”, sięgniemy ze mną w tle, roku 1200 n.e. A na razie... spacerujemy śladami dziadków „po kądzieli”.

czwartek, 23 stycznia 2014

Dzień babci i dziadka

- Aja! Ajunia!
Szczęśliwy malec położył splecione raczki na sercu, jego oczy promieniały. Po chwili już biegł w kierunku drzwi, znikając za progiem. Z korytarza dobiegał jego rozradowany głos.
- Babciu, babciuniu! Aja, moja Ajunia przyjechała!

Oszalały z radości pies zataczał kolejne kółko na podwórku, nie dając się złapać i pogłaskać...

- Citaj, o tu teraz citaj Aja.
Malec wskazywał palcem kolejną ilustrację w jego ulubionej książce. Czyli, pięknie wydanym Żeromskim, oprawionym w granatowe płótno z wybitymi na grzbiecie złotymi literami.


- Aja siedziała na najwyższym wierzchołku drzewa.
- A czemu nie mogła zejść – dopytywał malec.
- Nie mogła zejść, ponieważ dzieci wchodząc za nią na drzewo połamały gałęzie. Teraz pobiegły po pomoc.
- Gdzie pobiegły? Po kogo pobiegły?
- Po dziadka pobiegły.
- I dziadek przyszedł?
- Aja, najpierw ujrzała wbiegającego na polanę psa, a potem dziadka niosącego dłuuugą drabinę.
- A skąd dziadek wziął taką duuużą drabinę?
- Pewnie miał ją gdzieś ukrytą na takie okazje... Dziadek szedł w kierunku drzewa na którym siedziała Aja.

Tu malec, na szczęście już spał...

Siedemdziesięcioletni, szczupły, brunet, przypominający raczej dwudziestolatka, ubrany w kaszkiet, marynarkę i spodnie wpuszczone w wysokie buty z cholewami, wyglądające jak bryczesy, energicznym zdecydowanym krokiem zbliżał się do drzewa. Położył spokojnie drabinę obok pnia i spojrzał leniwie, niby od niechcenia w górę.


Krzesło Baasa – symbol wolności myśli i słowa

- Co tam robisz, na tym drzewie ty „psia jucho”?
Wypłyniecie z jego ust, tego najbardziej obraźliwego zwrotu, oznaczało, że jest poruszony sytuacją.
- Będziesz tam tak siedziała, czy zamierzasz zejść? - zastanawiał się dalej dziadek.
- Nie mogę zejść.
- Jak nie możesz zejść? Zejdź tak, jak się tam wdrapałaś.
- Ale tu nie ma gałęzi. Dzieci połamały.
- Aaa.

Dziadek ze zrozumieniem pokiwał głową, usiadł pod drzewem i wyciągnął srebrną papierośnicę. Następnie, odprawiając znany sobie rytuał, kolejno wziął wolno do ręki lufkę, papierosa i zaczął się nim delektować. Spod nosa rzucił pytanie:
- Powiedz, po co tam właziłaś?
- Żeby być na samym szczycie.
- Na szczycie? ...

czwartek, 16 stycznia 2014

W krainie dziwów



Tylko dzieci wiedzą, czego szukają.
Antoine de Saint-Exupery


- Pojedziesz ze mną do Wilanowa? – zapytała A.
Spojrzałam na nią pytająco. Ale jak tu odmówić turyście?

W ogrodzie Pałacu w Wilanowie rozbłysło 150 tysięcy kolorowych lampek ledowych, czyli cztery razy więcej, niż na przykład w nowojorskim Central Parku – chwalą się organizatorzy. Labirynt światła, bo tak nazywa się przewodnia instalacja, nawiązuje do motywów z Alicji w krainie czarów Lewisa Carrolla i jest, jak zapewnia burmistrz Wilanowa, nawiązaniem do bogatych tradycji tego miejsca…
  
- Przecież to jest mój sen, od tej chwili ja decyduję co będzie dalej (…) drogę wybieram ja!- powiedziała Alicja.

Alicja w krainie czarów, Lewis Carroll


Zmierzałyśmy w kierunku labiryntu, przechodząc obok drugiej instalacji Ogrody wyobraźni, pobłyskującej w rytm Walca nr 2 Szostakowicza. O nie, nie, niech nigdy nie łamie czasomierz rozkosznego walca... Dotykam twej sukni kochanie...Wirujesz jak nimfa na palcach – powiedziałby, zapewne w tym miejscu Andrzej Trzebicki
Zatrzymałyśmy się z A. obok pałacowej oranżerii, przed wejściem do labiryntu.

- Chodź! Pójdziemy sobie zrobić zdjęcie z króliczkiem! – wykrzyknęła mijająca nas kobieta.
W sumie, nie licząc nas, tego wieczora, była to jedyna, polskojęzyczna grupka oglądająca tę iluminację. W labiryncie natknęłyśmy się na parę Japończyków, roześmianą, liczną grupę Anglików, stonowanych Francuzów i dwie rodziny niemieckie.


- To niemożliwe – powiedziała Alicja.
- Tylko jeśli w to wierzysz – odpowiedział Kapelusznik.


Przypomnijmy… Alicja, spędzając czas wolny ze swoją siostrą, dostrzega dziwnie ubranego Białego Królika, niosącego zegarek kieszonkowy. 


W swojej ciekawości, podąża za nim w głąb króliczej nory. Następnie przypadkiem spada do głębokiej studni. Po bezpiecznym lądowaniu, w jakimś długim przedsionku znajduje szklany stół ze złotym kluczem. 

Szukając dziurki, do której by pasował klucz, odnajduje małe drzwiczki, a za nimi piękny ogród. Jest jednak za duża, by się przez nie przecisnąć. Wtedy to, znajduje buteleczkę z etykietą Wypij mnie, wypija płyn i pod jego wpływem zmniejsza się...


– Nalej sobie więcej herbaty – rzekł z wielką powagą Szarak.
– Jeszcze w ogóle nie piłam – odparła Alicja urażona tą propozycją – Trudno więc, abym nalała sobie więcej.
– Chciałaś powiedzieć, że trudno, abyś nalała sobie mniej – wtrącił się Kapelusznik – Przecież znacznie łatwiej jest nalać sobie więcej niż nic.

– Proszę, poczęstuj się winem – rzekł bardzo grzecznie Szarak.
Alicja spojrzała na stół, ale nie zauważyła na nim nic prócz herbaty. Powiedziała więc:
– Nie widzę tu żadnego wina.
– Bo go wcale nie ma – rzekł Szarak.
– Wobec tego częstowanie mnie winem nie było z pańskiej strony zbyt uprzejme.
– Przysiadanie się tutaj bez zaproszenia nie było zbyt uprzejme z twojej strony.


Alicja również zjada ciastko z napisem Zjedz mnie.

- Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? – zapytała Alicja

- To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść - odparł Kot - Dziwak.

- Właściwie wszystko mi jedno - powiedziała Alicja.

- W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz - rzekł Kot.

- Chciałabym tylko dostać się dokądś - dodała Alicja w formie wyjaśnienia.

- Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo - odpowiedział Kot.
 Alicja w krainie czarów, Lewis Carroll



- Jakie oszukaństwo! Skrócić o głowę! – powiedziała nie Królowa Kier, ale A., gdy opuszczałyśmy tereny pałacowe.
- Kocie, ty psie… - z uśmiechem dodałam.

Iluminację Labirynt światła, Ogrody wyobraźni oraz w wyznaczone dni Mapping można oglądać w Wilanowie do połowy marca 2014 roku.

czwartek, 9 stycznia 2014

Irracjonalne zachowanie



Każdy głupiec może, kiedy tylko ma ochotę,
wprawi  w pomieszanie najbardziej skomplikowany umysł.
Elias Canetti


Do pewnego sławnego człowieka, przychodzi młody dziennikarz, aby przeprowadzić z nim wywiad:
- Mam nadzieję, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu, że zrobię z panem maleńki interview?
- Ach tak, no, dobrze – zgoda. Hm! Dobrze. Dobrze (…)

Poszedłem, wtedy do szafy z książkami i powertowawszy w niej jakieś sześć do siedmiu minut, poczułem, że muszę zwrócić się do młodego człowieka.
- Jak to się pisze?... - zapytałem.
- Pisze? Co takiego?
- Interview?
- Wielki Boże! Po cóż pan chce to pisać?
- Ja wcale nie chcę tego pisać, chce tylko zobaczyć, co to znaczy?
- Hm, to jest…, muszę przyznać – dziwne. Ja przecież mogę panu powiedzieć, co to znaczy, jeśli pan… jeśli pan…
- No to cudownie! To mi wystarczy, będę panu niezmiernie wdzięczny.
- In: i – n, ter, t – e – r, Inter - ...
- Więc pan to pisze przez ‚i“?
- Tak, naturalnie.
- Aha, to ja dlatego tak długo szukałem.
- No dobrze. szanowny panie, ale przez jaką literę pan chciał to pisać?
- O, tak. Hm. Ja… ja… Właściwie mówiąc to nie wiem. Wyjąłem encyklopedię i szukałem w niej końca, sądząc, że znajdę to pod rycinami. Cóż, kiedy to bardzo stare wydanie. (…)

Kiedy dziennikarz, po tym zaskakującym wstępie, nieco ochłonął i wytłumaczył rozmówcy, czym jest interview, przystąpił do zadawania kolejnych pytań:
- Ile pan ma lat?
- Dziewiętnaście, w czerwcu.
- Co pan mówi! Dałbym panu jakieś trzydzieści pięć lub czterdzieści lat! Gdzie się pan urodził?
- W Missouri.
- Kiedy zaczął pan pisać swoje utwory?
- W 1836 roku.
- Jak to, czyż to możliwe, skoro pan teraz ma dopiero lat dziewiętnaście?
- Nie wiem. Prawda, że to wygląda dziwnie?
- Rzeczywiście, wygląda dziwnie.

Dalej, ów dziennikarz dowiaduje się, że indagowany znał człowieka, którego nie mógł znać, a i również, że był na jego pogrzebie, na którym z nim rozmawiał. Zszokowany, próbuje sprowadzić rozmowę na normalne tory.
- Pozwoli pan zapytać o co innego. Którego dnia przyszedł pan na świat?
- W poniedziałek, 31 października 1693 roku.
- Co? To niemożliwe! Miałby pan w takim razie… trzysta… czterysta... lat. Jak pan to wytłumaczy?
- Wcale nie chcę tego tłumaczyć.
- Ależ powiedział pan przed chwilą, że ma dopiero dziewiętnaście lat, a teraz podaje pan… To ogromna sprzeczność!
- Ha! Zauważył pan to?
Pisarz podaje rękę dziennikarzowi w geście gratulacji i kontynuuje:
- Niejednokrotnie wydawało mi się to sprzecznością, ale nie wiem dlaczego, jakoś nie mogłem tego rozstrzygnąć. Jak szybko spostrzega pan takie rzeczy?

Dziennikarz wysłuchał jeszcze kilka innych absurdów, aż w końcu…

Kto napisał to... opowiadanie inspirując się prawdziwą historią? Dlaczego dziennikarz nie przerwał tej groteskowej sytuacji? A może wiecie dlaczego niektórzy często zachowują się irracjonalnie?

czwartek, 2 stycznia 2014

Sylwester. Więcej niż kino



W tym roku, Gwiazdor okazał się bardzo przenikliwy. Pod choinką, znalazłam między innymi „białego kruka” i bilety wstępu na rzekomo typowego Sylwestra. W moim życiu wszystkie Sylwestry były… typowe? Zdarzyło mi się utknąć w zamarzniętym, super szybkim pociągu, który na odcinku 2000 km osiągnął zawrotne opóźnienie ponad 30 godzin. Zdarzyło mi się iść w gęstej, jak mleko mgle przed samochodem, wskazując kierowcy drogę. Zdarzyło mi się zwiedzić nocą, jedno z piękniejszych europejskich miast, w towarzystwie przypadkowo napotkanego turysty, który w ramach prezentu Sylwestrowego, opowiedział mi jak zrealizował... moje życiowe marzenie. Zdarzyło mi się mknąć, ulicami Gdańska w karetce pogotowia na sygnale, modląc się o życie najbliższej osoby, na którą w 30 stopniowym mrozie przed szpitalem czekał komitet Sylwestrowy z kroplówką, tlenem w ręku. Zdarzyło mi się również, po Sylwestrze wysłuchać takich opowieści o wilkach, że do dziś zastanawiam się, czy byliśmy na tej samej imprezie...

Czy w związku z tym, moim podświadomym marzeniem, było choć raz w życiu spędzić Sylwestra przed ekranem? Z pewnością, chciałam zobaczyć Wilka... Wilka z Wall Street. I tak, otrzymałam w prezencie bilety na Sylwestra w kinie. Bilety wystawały z „Zakazanej psychologii” Witkowskiego. Gwiazdor, nie zrobił zakładki w miejscu na przykład takiego cytatu: „Bowiem cieszę, się serdecznie, gdy rzecz biegnie niedorzecznie. Wiliam Szekspir”, ale w miejscu pewnego rysunku z napisem „Święty spokój”. Jak się domyślacie, hasło to, wieńczy bramę wjazdową i wita przybyłych, do pewnego zacisznego  miejsca, cmentarzem zwanego…

Siedzę wygodnie na sali kinowej. Moi towarzysze eskapady, utknęli w kolejce do szatni, toalety, po drinka, kawę… W moim kierunku, chwiejnym krokiem zmierza bardzo przystojny mężczyzna. Patrzy się na mnie tak, jakby mnie znał. Przechodzi wolno przede mną, po czym przedziera się przez cały rząd foteli, dociera do jego końca.
Ponieważ siedzę na brzegu rzędu, po chwili spostrzegam, że ten sam mężczyzna, kolejny raz wspina się do góry. Wolnym, dystyngowanym krokiem przemierza ostrożnie liczne schodki. Znowu zdecydowanie idzie w moim kierunku, znowu mi się przenikliwie przygląda... Mija, idzie do końca rzędu, schodzi po schodach w dół. Po pełnym okrążeniu sali kinowej na kilkaset osób, trzeci raz ponawia rytuał. Jego twarz jest zarumieniona, a krok coraz bardziej taneczny. Mam wrażenie, że alkohol dopiero zaczyna na niego działać. Jest po dwudziestej, a gdzie północ… Oczywiście mijając mnie, badawczo lustruje mnie spojrzeniem.
Runda czwarta. Mężczyzna ciężko pokonuje liczne schody. Nie siedzę bynajmniej w pierwszym rzędzie. W końcu zatrzymuje się koło mojego fotela. Ponieważ, konsekwentnie przypatruje się mi z takim wyrazem twarzy, jakby mnie gdzieś widział, znał, staram się dotrzeć do najgłębszych zakamarków pamięci i przywołać ewentualny portret tej osoby. Nic z tego. Nawet nikogo mi nie przypomina. W tym samym momencie, opiera dłoń o fotel, pochyla się w moim kierunku i zagaja rozmowę.
- Przepraszam bardzo, czy nie wie pani gdzie jest moja żona? – pyta miękko, uprzejmie.
Teraz ja, uważnie spoglądam na niego.
- Przepraszam, nie wiem czy dobrze zrozumiałam pytanie. Szuka pan żony? 
Czy ta szczypta ironii w głosie, zamaskowała moje zdumienie, konsternację?

- Nie, żonę to ja już dawno znalazłem - wypowiadając to zdanie, pobłażliwie machnął ręką. Po chwili, znienacka wyprostował się, tak jakby nagle wytrzeźwiał i dodał zdecydowanym, pewnym głosem. 
- To znaczy tak. Szukam żony.
Staram się, aby moimi oczami nie zawładnęły chochliki. Mężczyzna również, usiłuje zachować poważny wyraz twarzy.
-  Jeszcze parę minut temu, siedziała tu gdzie pani – kontynuuje zmartwionym głosem, wskazując dłonią mój fotel.
- To niemożliwe, nikt tu przede mną nie siedział – odpowiadam.
Pan wyciąga z bocznej kieszeni marynarki swoje bilety. Pokazuje mi numer rzędu w którym siedzę i miejsce. Również wyciągam bilety. W między czasie wraca X. i z uśmiechem na twarzy przysłuchuje się rozmowie. 
- A którą windą pan jechał, to też spróbuje. Może to wehikuł czasu?  - dorzuca swoje pięć groszy.
Do naszego zgromadzenia przyłącza się M. Przygląda się biletom mężczyzny. Z niedowierzaniem kręci głową i z politowaniem przewraca oczami.
- Piętra się panu pomyliły. Często się to panu zdarza? – w jej głosie słychać nutkę cynizmu…

Tego wieczora oglądnęłam trzy(?!) filmy. Przedpremierowo Wilka z Wall Street, sympatyczną komedię, czyli Millerów oraz film, który zdecydowanie mnie urzekł - Wyścig. Na ten ostatni, koniecznie należy się wybrać do kina.

Czy poleciłabym Państwu Sylwestra z kinem w tle? X., do dziś, tarza się ze śmiechu i dopytuje, kiedy kupuję Łazienki Królewskie, albo… To po tym, jak z M. i A. uraczone pewną opowieścią, pewnego mężczyzny, doznałyśmy zbiorowego deju vu i otrzymałyśmy po wizytówce: Koszenie trawników. Wycinka drzew… plus nr telefonu rzeczonego pana.