czwartek, 19 grudnia 2013

Jak stanąć na nogi?





Lubię czytać książki biograficzne. Od czasu do czasu, ktoś mi zadaje pytanie: „co ostatnio czytałaś?”. Następnym jest sakramentalne: „pożyczysz?”. Nie muszę chyba mówić, że gdybym nie pożyczała książek, byłabym na dzień dzisiejszy posiadaczką pokaźnej biblioteki. Może nie Biblioteki Aleksandryjskiej. Ale.


Ostatnio, z niekłamaną fascynacją w oczach, opowiadałam komuś o Davidzie Ogilvym, czyli Królu Madison Avenue. To nazwisko znają chyba wszyscy, którzy mają do czynienia ze światem reklamy. Ale o tym, że współpracował z Gallupem, był wyrocznią kina, tudzież szpiegiem współpracującym ze Stephensonem, szefem BCC i inspiracją do stworzenia agenta 007 przez Iana Fleminga –  wiedzą nieliczni.

Z innych ciekawostek? David, jak go z patosem w głosie nazywała, pracował między innymi dla tak „fascynującej polskiej wiedźmy”, jak ją to on nazywał, czyli Madame Rubinstein. Podziwiał jej jasność umysłu, a przede wszystkim to, że była aktywna zawodowo mając dziewięćdziesiąt lat. Sam zresztą pełnił funkcję prezesa, będąc grubo po osiemdziesiątce i wcale nie kwapił się do odejścia na emeryturę.



Nazwisko tego człowieka stoi za hasłami reklamowymi wielu znanych nam produktów. „To nie mydło – to krem”. „Idź na całość”. Należy również wspomnieć, że jego firma, zatrudniała wielu copywriterów i była niekwestionowaną kuźnią talentów literackich na całym świecie. Co Stephena Kinga, J.K. Rowling łączyło z Ogilvym? I na to pytanie, znalazłam odpowiedź w tej książce.

 

Gdy skończyłam opowiadać słynny dowcip O królu Tonga Davida Ogilvego, którym raczył zarząd w czasie każdego spotkania, znajoma zawyrokowała:

- Pożyczysz?

Ponieważ nabyłam tę pozycję, w tak zwanej księgarni z tanią książką, za dosłownie pięć złotych, ustaliłyśmy, że ją jej kupię.



Wracałam do domu Krakowskim Przedmieściem. Moje oczy, zachwycały się świątecznym wystrojem miasta. Byłam usatysfakcjonowana, że udało mi się nabyć ostatni egzemplarz Króla Madison Avenue. W oddali dostrzegłam sylwetkę mężczyzny na wózku inwalidzkim – żebrzącego pod kościołem…



Przypomniała mi się historyjka o ślepcu, której autorstwo również przypisuje się Ogilvemu. Człowiek ów, miał na kartonie napisane: „Jestem ślepy. Pomóż”. Ogilvy podszedł do żebraka, odwrócił karton i napisał: „Spójrz, taki piękny dzień, a ja tego nigdy nie zobaczę…”. Wieść niesie, że ludzie dopiero wtedy, zaczęli kloszardowi rzucać pieniądze.



W żebraku na wózku inwalidzkim, rozpoznałam mężczyznę, o którym kiedyś w parku, opowiadała mi sąsiadka. Człowiek ów, kilkanaście lat temu stracił w wypadku samochodowym nogi. A potem kolejno: prężną firmę, żonę, dom, przyjaciół… Zaopiekowała się nim matka. Teraz ten ubogi, nawet zadbany, dobry chłopina, w ten oto sposób, starał się wesprzeć finansowo siebie i swoją starą, schorowaną rodzicielkę.



Zadzwonił telefon. Przystanęłam. Gdy skończyłam krótką rozmowę, przy mężczyźnie stała para młodych ludzi. Dziewczyna trzymała w ręku mikrofon, chłopak kamerę. Przez szum samochodów przebijały się strzępy słów.

- Prowadzimy (…) z mieszkańcami Warszawy. Koleżanka będzie zadawała pytania, a ja będę filmował.

Dziewczyna wyciągnęła mikrofon przed siebie. Spacerowym krokiem prawie ją mijałam, gdy usłyszałam pytanie:

- Proszę mi powiedzieć, co powinien zrobić człowiek, taki jak pan, aby się podnieść i zacząć chodzić?

Zatrzymałam się. Zaczęłam się zastanawiać, czy aby się nie przesłyszałam? Spojrzałam na niepełnosprawnego mężczyznę. Jego twarz, broda zaczęły drgać. Wyglądał tak, jakby miał się za chwilę rozpłakać. Drżącym głosem, starając się jednocześnie ukryć zakłopotanie odpowiedział:

- Noo, nie trzeba się załamywać.

Widok tego mężczyzny, z zaszklonymi oczyma, który uśmiechem usiłował zamaskować rozpacz, na tle Chrystusa niosącego krzyż i mieniącego się świąteczną atmosferą miasta, był szokujący. Przez moją głowę przeleciało, dawno zapomniane przeze mnie, powiedzenie mojej babci, a wypowiadane przez nią w tego typu okolicznościach: „Boże widzisz, a nie grzmisz”.



W tym momencie, za wózkiem inwalidzkim, jak spod ziemi, wyrósł wysoki, dobrze zbudowany trzydziestolatek. Na szyi miał przewiązany biało-zielony szalik, o ile można powiedzieć, że ten „napakowany” młodzieniec miał szyję.

- Sprzedasz koleś kamerkę, dorzucisz telefon i co tam jeszcze masz, kupisz dziadkowi protezy to zobaczysz, co trzeba zrobić, aby człowiek zaczął chodzić – wyrzucił z siebie chrapliwym głosem, zanim dziewczyna zdążyła zadać kolejne pytanie.

Para „reporterów” spojrzała po sobie. Chłopak zaczął podnosić się z kucków. Dziewczyna, miałam wrażenie, że usiłowała ukryć mikrofon pod połami płaszcza.

- Co się tak gapicie? Na co czekacie? 

"Kark" energicznie oparł dłonie na poręczy wózka, wychylił głowę agresywnie przed siebie. Jego sylwetka przypominała gotowego do walki, rozwścieczonego buldoga. Monolog kontynuował dość ostrym tonem głosu.

- Mam ci kulasy przetrącić, aby koleżanka mogła filmik nakręcić? Rzucicie go sobie potem na fejsa, z pytaniem co zrobić, aby zacząć chodzić?

Para zaczęła się wycofywać, powoli znikając w tłumie przechodniów. „Kark” – obrońca, spoglądał chwilę za oddalającymi się „reporterami”. Po czym kiwając z dezaprobatą głową, zapytał z niedowierzaniem w głosie:

- Skąd biorą się tacy ludzie?

Nikt, łącznie z nim, chyba nie oczekiwał odpowiedzi.



A ja? Wracając do domu przypomniałam sobie o chłopcu na dalbie, czyli "Dyrygencie fal". Czy tego dnia dostałam odpowiedź dlaczego jej autor Adam Dawczak-Dębicki zajął się sztuką? Dlaczego zafascynowała go wyprawa Kamińskiego i Jasia Meli?





Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, życzę również i Państwu, przebudzenia w sobie tego czystego, niewinnego, sprawiedliwego dziecka.

Wesołych Świąt!

czwartek, 12 grudnia 2013

Kino. Prawda ukryta w falsyfikacie





Koneser. O tym filmie miałam napisać już dawno. Aż w końcu zebrała się cała pula filmów z kategorii naj…


Staliśmy w kolejce do kasy. Przed nami bilety kupowała pewna para. Wzroku nie mogłam oderwać od mężczyzny. Głowę czterdziestolatka, zdobił czarny, filuternie przekrzywiony melonik, który niejako mówił „zaraz wracam”. Szara, garniturowa kamizelka zakrywała bogato ozdobiony różnymi nadrukami T-shirt. Krok jeansowych spodenek zatrzymywał się na kolanach, a spod przykrótkich nogawek wystawały fioletowe skarpetki. Stopy owego człowieka były wbite w adidasy - kiedyś najprawdopodobniej koloru białego.

Przypominał mi postać z jakiegoś filmu mojego dzieciństwa. Tak. Gang Olsena.

Z zadumy, wybiła mnie głośna rozmowa dziewczyn za moimi plecami.

- Nie gap się tak, ty wiesz kto to jest?

- Nie – odpowiedziała chyba jeszcze bardziej w tym momencie zainteresowana kobietą blondynka.

- Ty to dopiero jesteś wszechstronną ignorantką...

Tego dnia, zaintrygowało mnie, że na zwykłym seansie filmowym, pojawiło się więcej celebrytów, niż przeciętnych widzów. Biorąc pod uwagę, przewodnią myśl filmu: „w każdym falsyfikacie odnajdziesz coś oryginalnego”, zaczęłam się zastanawiać nad takimi gadżetami w stylizacji jak, brudne buty, skrojony jak spod igły garnitur i niedbale przerzucony przez ramię zniszczony plecak… W Koneserze, Whistler, w tej roli Donald Sutherland, mówi do głównego bohatera: „wszystko można sfałszować Virgilu.”

Po tym filmie, salę kinową opuszczaliśmy w ciszy, zadumani. Zaskoczeni puentą? Z innego pomieszczenia, po zakończonym seansie, wypadł tłum podekscytowanych ludzi. Przy nas zatrzymała się grupka  obcojęzycznych studentów. Z ożywieniem rozmawiali o dopiero co obejrzanej Obecności. I tym sposobem, X. namówił nas na gatunek filmu za którym osobiście nie przepadam, czyli horror.



O ile tydzień wcześniej, na widowni siedziała największa ilość, przypadkowo zgromadzonych w jednym miejscu celebrytów, to na filmie Obecność wszystkie miejsca były zajęte. Nawet w pierwszym rzędzie. Czy film był dobry? Mrocznie opowiedziana historia pewnej rodziny, oparta na faktach, sprawiła, że dorosła córka moich znajomych, po powrocie z kina, przez dobry tydzień zasypiała przy zapalonym świetle. 
Niewątpliwie, dobre kino powinno grać na emocjach widza.



To się także udało odtwórcy głównej roli w filmie Kapitan Philips. Tom Hanks swoją wyśmienitą kreacją aktorską sprawił, że w trakcie seansu słychać było dookoła dyskretne pochlipywanie, płacz, który dodatkowo jeszcze wzmocnił odbiór obrazu. Łzy wzruszenia widzów? A historia opowiedziana w filmie zdarzyła się naprawdę.



No i film biograficzny na który czekam, a którego premiera się najbardziej spóźnia. Mowa oczywiście o Wilku z Wall Street. Ciekawa też jestem Waszych przygód z filmem w tle.

piątek, 6 grudnia 2013

Herbaciane wywody




Opowieści o herbacie sięgają dawnych czasów. Na jej temat powstało wiele, bardzo ciekawych legend. 

Jedna z nich mówi o pewnym chińskim cesarzu, a zarazem uczonym i zielarzu. Szen Nung – bo tak się nazywał ów człowiek, miał w zwyczaju pijać przegotowaną wodę. Pewnego dnia, siedział pod drzewem dzikiej herbaty. Odpoczywał i podziwiał piękno otaczającego go krajobrazu. Nagle… powiał  lekki wiaterek. Jego podmuch sprawił, że kilka herbacianych listków wpadło do dzbanka z gorącą wodą. Cesarza oczarował smak napoju, tak przypadkowo przygotowanego przez naturę. 




O czym można rozmawiać, porozmyślać... przy herbacie? Zapraszam na herbaciane wywody w każdy czwartek.