środa, 13 grudnia 2017

Marzenia nie tylko od święta

Podążać za swem marzeniem, podążać wiecznie – zawsze, usque ad finem...
Lord Jim, Joseph Conrad

Ludzie mają różne pomysły na zaadaptowanie, ba zaanektowanie skrawka przestrzeni. Czy poniżej, na zdjęciu widzimy słynny Sealand, a może Syrenkę w Kopenhadze?
Fot. Teresa Kiedrowska
 Nie, to Chłopiec na dalbie dyrygujący falami vel Marzyciel. Autorem postaci usadowionej na dalbie, znajdującej się 40 metrów od brzegu Mola Południowego i Akwarium Gdyńskiego jest Adama Dawczak – Dębicki. To człowiek o bardzo ciekawym życiorysie. Imał się różnych zajęć: był drwalem, ale i ostatecznie prezesem domu maklerskiego, który po godzinach pracy realizował swoje inne marzenie; uczestnicząc w zajęciach na Akademii Sztuk Pięknych w klasie rzeźby.
 
Inspiracją do powstania postaci chłopca z batutą w ręku, umocowaną na specjalnym pływaku, poruszającą się w rytm fal byli Jaś Mela i Marek Kamiński, czyli zdobywcy obydwu biegunów. Tym sposobem, Marzyciel wita wpływających do gdyńskiego portu żeglarzy. Przypomnę, że autor podarował miastu nie tylko tę pracę. Nie, nie, nie tę poniżej. A gwoli ciekawości, jaki Wy nadalibyście tytuł temu muralowi?
 


Morze podobne jest sercu kobiety.
Joseph Conrad
 
Ale, ale... wpłynęliśmy do portu Gdynia, spacerujemy po skwerze, mijamy pomnik... Josepha Conrada. Trzeciego grudnia, minęła właśnie sto sześćdziesiąta rocznica jego urodzin.
Czy muszę komuś przypominać postać tego angielskiego pisarza, polskiego pochodzenia o francuskich konotacjach? Może i tak, zważywszy na fakt, że przez siedemnaście lat spędzonych na morzu, nazwisko Korzeniowski zapisano na trzynaście różnych sposobów. Natomiast ja, spotkałam tylko jedną osobę, dosłownie jedną, która w swojej prywatnej bibliotece, nie tylko, że posiada pięknie wydane wszystkie jego dzieła, ale przeczytała je ze zrozumieniem, popartym specyficznym doświadczeniem.
Mówi się również, a przynajmniej Orwell, że jedną z najpewniejszych oznak geniuszu Conrada jest fakt, jego dzieła nie podobają się kobietom.
Czy to prawda?
 
Żaden człowiek nie przemówi do swego pana; lecz do wędrowca i przyjaciela, który nie przybywa, aby pouczać i rządzić, który niczego nie wymaga i zgadza się na wszystko – wobec takiego przyjaciela padają szczere słowa u ognisk obozowych, we wspólnej samotności morza, w pobrzeżnych osadach, na postojach wśród lasów, słowa nie zważające na rasę czy kolor skóry. Jedno serce mówi – drugie serce słucha, a ziemia, morze, niebo, przelotny wiatr lub liść chwiejący się na gałęzi słuchają także błahej opowieści o brzemieniu życia.

Opowieści niepokojące, Joseph Conrad 
 

czwartek, 7 grudnia 2017

Mikołaj trzyma rękę na kursie...

Widać to, co najprostsze, wymaga olśnienia...
W. Myśliwski, Ostatnie rozdanie
 
Fot. Teresa Kiedrowska
 
Zbliża się czas świąt... Święta po wodzie? Dziwne? A przecież są kraje, do których takim sposobem przybywa Święty Mikołaj.


 
Mądrość nie polega tylko na tym, żeby być mądrym,
i odwracać oczy od tego, co widzi intuicja,
Mądrością jest uwierzyć sercu...
Kolumb znalazł nowy świat, choć nie miał mapy (...)
Georg Santayana 
 
- Wszystko co dajemy innym do nas wraca - powiedział.
- To Święty Mikołaj musi być baaardzo bogaty - dodało dziecko.
- Nooo...
 
 
Dla ospałego umysłu, otaczający świat jest ciężki i szary jak ołów, dla błyskotliwego umysłu - migocze blaskiem.
(...)
"- Ty nie jesteś dużym misiem. Ty jesteś małym misiem z mokrym noskiem..."

 
Oczywiście, niektórym gdyby dać mapę w prezencie, to i tak by nie trafili... Dlatego...
Prezent? Dla każdego według zasług, dla każdego według potrzeb? I dla tych, co wiedzą zbyt dużo, a czują zbyt mało? Uniwersalny kubek? Herbata?

Oj, nie, nie, nie. To niespodzianka ;)




środa, 8 listopada 2017

Harmonia rodzi zwycięstwo, a wielokulturowy obowiązek nienawiści

Spokojne, powolne i regularne rozwijanie się płatków chryzantemy to naturalne odbicie doskonałości.
Konfucjusz
 
Fot. Teresa Kiedrowska
 
Ładne kwiatki? Dziwny tytuł wpisu? Trudny temat? Hm.
To zacznijmy może najpierw bezpiecznie od kwiatów. Myślę, iż zgodzicie się ze mną, że w naszym kraju, chryzantemy są symbolem listopadowych dni poświęconych zmarłym. Wyrazem smutku, przemijania... Tymczasem, te puchate złocienie, w innej części globu reprezentują pozytywne aspekty, takie jak: radość, zdrowie, dobrobyt i władza. Tak, tak. Ten kwiat, choć swoją nazwę chryzantema (gr. chrys złoty, anthemon kwiat) zawdzięcza Karolowi Linneuszowi, przywędrował do nas dopiero w XVII wieku z Dalekiego Wschodu. Uprawą tychże roślin, przez tysiące lat zajmowali się tylko... Chińczycy. Wierzyli oni, że obmywanie się świętą wodą, czyli kroplami rosy zebranymi z płatków zapewnia szczęście i długowieczność. Roślina stała się bohaterką wielu legend, i była tak cenna, że wręcz zabraniano jej wywozu do innych rejonów świata.
Słowem, cudna chryzantema, która i współcześnie w kulturze orientalnej jest symbolem szlachetności, nieśmiertelności, obchodzi hucznie, radośnie swoje Święta Złotego Kwiatu, króluje na Festiwalach Szczęścia, w wielu krajach Europy, w tym w Polsce stała się smutną, zadumaną ozdobą cmentarzy.
Wrzos. Jakie budzi najczęściej refleksje? Pamiętacie słowa nostalgicznej piosenki Stachury:
Ja cóż –
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko.
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień,
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna
W naszym kraju, wielu osobom nie przyszłoby nawet na myśl, aby tak jak w Szkocji, ozdobić w dniu ślubu głowę panny młodej wrzosem, tudzież wręczyć bukiecik złożony z tychże kwiatków. Generalnie na Wyspach Brytyjskich wrzos budził, budzi pozytywne skojarzenia. Uważa się, że białe wrzosy przyciągają szczęście, chronią przed niebezpieczeństwem. Ale już i dla Celtów był symbolem miłości, pasji.
Mamy miłość, to po drugiej stronie powinien znaleźć się antagonista? Myślę, że przy braku świadomości, półświadomości jakby to powiedział Mrożek, chęci zrozumienia danej kultury, nadinterpretacji tekstu, faux pas, itd. jesteśmy tylko o krok do... nienawiści, oczywiście i pasji, tyle, że szewskiej.
Teoretycznie błahy temat. Bo czyż róża przestanie być różą, jeśli nadamy jej inną nazwę? „Oczywiście, że nie” odpowie prawie każdy. Niemniej, z ostrożności podaruję sobie omawianie symboliki reszty kwiatów, rzeczy z wykonanych przeze mnie fotografii, którym nadałam roboczy tytuł: Martwa natura. Olej „BiCykl. Jesienna kwiaciarnia i nosorożec.”
Dobrze przeczytaliście, nie, nie jesienna kawiarnia. To teraz czas na małe studium przypadku, czyli sceny z życia wzięte contra Wasza analiza. 
Młody mężczyzna z bukietem pięknych chryzantem w dłoni... wybiera się z wizytą. Żeby nie było zbyt prosto, akcję przenosimy do domu rodzinnego jego kochanej żony. Jednocześnie, żeby nie było zbyt drastycznie, dodam, że mamy do czynienia z kwiatami ciętymi.
Mama, z błyskiem w oku przyjmuje prezent, i z coraz większym, malującym się na twarzy zadowoleniem... Wolno, ostrożnie rozwija pakunek. Wiemy, że gdyby to była wredna, do szpiku kości złem przesiąknięta kobieta, to temu sympatycznemu darczyńcy przypomniałaby, już na wstępie, iż kwiatów nie wręczamy w papierku, a pod choinkę sprezentowała jakiś podręcznik z zakresu savoir-vivre'u. Jednak niespodzianka, to niespodzianka, a dobre serce chłopaka, to dobre serce. 
 
Podarunek rozwinięty. Z ust kobiety znika uśmiech.
- Czy ty mi życzysz śmierci? – wykrztusza z siebie przestraszona kobieta.
- Ja? W życiu! Oczywiście, że nie! - odpowiada pewnie jeszcze bardziej zdumiony mężczyzna.
Eskalujmy - powiedzmy, że teoretycznie zagadnienie do maximum. Teraz chłopak sobie myśli: „Bądź tu miłym. Co to za zabobonna, niewdzięczna kobita?”. A mama? W skrajnym przypadku widzi w swoim zięciu członka Cosa Nostra?
Uduchowiony” mężczyzna może również na dokładkę dolać oliwy do ognia i zrobić mamie wykład, iż nie powinna obawiać się śmierci, bo jest to przecież tylko transformacja.
Ponieważ założyliśmy tu stereotypowe myślenie... Zwykle w takich sytuacjach, przeciętna niewiasta już teraz wie, iż tej i jakiejkolwiek innej metamorfozy, oczekuje się właśnie tylko od niej.
Zobacz, to jest miłość... jak oni patrzą w jednym kierunku.
Martwa natura. Olej. Jesienna zupa, kwiaty. Postępowe myślenie i nosorożec.
 
Wyście nie przeżyli piekła, ani nieba. Wszystko, co znacie, to ziemia.
Sławomir Mrożek, Sztuki odnalezione. Małe i mniejsze

Jestem w sklepie. Przede mną piękna, warzywna ekspozycja złożona z wielu gatunków dyni.
- Kochanie, nie płacz, kupimy dynię i w domku ją sobie powycinamy. Zrobimy taką fajną uśmiechniętą buzię – powiedziała młoda kobieta do cztero, może pięcioletniej dziewczynki.
- Ale pani powiedziała, że nie wolno nic wycinać w dyni – rezolutnie odpowiada młoda osóbka.
- Która pani?
- Pani A.
- A dlaczego pani A. powiedziała, że nie wolno wycinać wzorków w dyni? – pyta matka.
- Bo to nie jest polskie.
- Dobrze, to kupię dynię, potniemy ją w kosteczkę i ugotuję zupę – mówi kobieta spoglądając porozumiewawczo na męża.
- Ale przecież nie wolno ciąć dyni – głosem nieznoszącym sprzeciwu broni powiedzmy, że swojej opinii córka.
 
Mężczyzna kuca przed dziewczynką...
- Kochanie, a pani czasami nie mówiła, że są inne sposoby krojenia. Na przykład takie męskie: trzeba rzucić dynię na ziemię.
Jego głos aż kipi od ironii. Mała natomiast, jest bardzo skupiona i barrrdzo poważnie odpowiada:
- Nie mówiła.
 
Ojciec bierze dziecko na ręce i kontynuuje swoje wywody.
- Nie? To zrzucimy w domku dynię na podłogę i rozbijemy na drobne kawałeczki. Potem razem pozbieramy, a mamusia ugotuje nam pyszną zupę.
- Tatusiu, ale nie wolno przynosić dyni do domu. Dynia jest zła.
Przypominam, że to nie sen. Nigdzie się nie teleportowaliśmy. Nadal jesteśmy w sklepie, w dziale warzywnym i mamy XXI wiek.
 
- Wiesz dziecko co jest złe? Złe jest to, że tatuś płaci za to przedszkole.
- Dlaczego? - pada słodkie, najsłodsze pod słońcem, zadane niewinnie brzmiącym głosikiem, ulubione pytanie wszystkich rodziców. Na całym świecie. Pierwszy, drugim, trzecim, czwartym...

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?


Fot. znalezione w sieci
Zanim zgubię wątek, inspiracją do popełnienia tego przydługiego wpisu była relacja sportowa, w której padła nazwa... Tottenham.
 
Przenosimy się do Anglii. Wchodzę do domu Z. i od progu zaczynam szczebiotać:
- (...) Słuchajcie, jadę do was metrem, a tam tłumy niesamowicie fajnie poprzebieranych i roześmianych ludzi. Fikuśne, różnorodne czapy, koszulki, szaliki, pomalowane twarze... Biało i czerwono.
Z. patrzy na mnie jak na zjawisko, mruży oczy, dłonią zakrywa usta. Nie zrażona tym dość chłodnym spojrzeniem, które jakoś nie przebiło się przez mój entuzjazm i nie zapaliło „czerwonej lampki”, kontynuuje swój monolog; jednocześnie witam się, zdejmuję płaszcz...
- Prawie wszyscy pasażerowie, od malucha w wózeczku, po dystyngowanego staruszka ze staromodnie podwiniętym wąsem, wytatuowaną babuleńką, Szkotów w spódniczkach... mieli na sobie stylonowe biało-czerwone koszulki z nazwiskami piłkarzy.
- Dość. Przestań! - wyrzuca z siebie zawsze uśmiechnięty, życzliwy Z. Odwieszam płaszcz, odwracam głowę i spotykam się ze spojrzeniem naszego gospodarza. Takiego kulącego się z bólu, a jednocześnie wyraźnie wściekłego Z., jeszcze nie widziałam. Toteż zanim ta informacja dotarła do mojego skonsternowanego mózgu, z rozpędu kończę relację:
- Niesamowicie pozytywna atmosfera. A mówią, że brytyjscy kibice są agresywni...
Odruchowo, dość instynktownie przenoszę wzrok z Z., na stojącego za nim X. Mężczyzna na migi, daje mi wyraźne jakieś znaki. Kręci głową na prawo, lewo na znak dezaprobaty i energicznie dłonią wykonuje gest zamykania ust na zamek błyskawiczny.
- Choć to złudne, bo przecież Arsenal wygrał. Oglądaliście mecz? - dorzucam coraz ciszej... Bo cóż gorszego mogło stać się od awarii telewizora w dniu takiego meczu?
W tym momencie, i Y. uderza się otwartą dłonią w czoło, która wolno zsuwa się po twarzy. Palcami nakrywa usta i jednocześnie również kręci głową, tyle, że ze współczuciem. Słowem, czytaj kalambur: „Dobrze Ci radzimy: Milcz!”. Jestem kompletnie zbita z tropu. Stoję na progu jadalni w której jest sporo osób. Rozglądam się dookoła.
- Coś się stało? O co chodzi? - dopytuje.
Jednocześnie widzę jak Z. korytarzem, ze spuszczoną głową, wolno, krokiem zbitego psa podąża w przeciwnym kierunku, czyli w stronę części prywatnej mieszkania. Mija mnie. Goście siedzą przy stole, niektórzy stoją, ale teraz... wyglądają jak kultowe maskotki machające główkami umieszczone na półce w tylnej części samochodu. Z całej siły próbują utrzymać dłonie na ustach i powstrzymują od śmiechu. Tłumione emocje sprawiają, iż łzy lecą im po zarumienionych policzkach. Teoretycznie panuje grobowa... cisza.
W tej samej chwili gospodarz odwraca się. Nie, nie widzi kpiarzy, ale chyba usłyszał pytanie, ponieważ łapiemy kontakt wzrokowy. Spogląda dość srogo i z powagą w głosie, cedząc słowa odpowiada:
- O wrogu w tym domu nie rozmawiamy.
I niknie za drzwiami salonu.
Żona Z. wciąga mnie energicznie do jadalni, z której każdy stara się jak najszybciej ewakuować bocznymi drzwiami do ogrodu. Jestem jedyną osobą w ogrodzie, której nie jest do śmiechu.
- Czy ktoś może mnie w końcu oświecić i wytłumaczyć o co tutaj chodzi?
- Nie. Nikt z nas nie może ci tego wyjaśnić. Bo wiesz kto, kogo nazwy w tym domu nie wymieniamy... – Y. parska śmiechem.
- Nie mów, że nie wiedziałaś. On od kilkunastu lat jest przecież zagorzałym kibicem Tottenhamu? - wtrąca również ubawiony X.
- I właśnie wrócił z meczu. Przegranego meczu. Nie przejmuj się tym co ci powiedział – dorzuca, usiłując jakoś załagodzić sytuację żona.

Czy następcy Junga i Fromma jeszcze przez tysiące lat świetlnych będą mieli o czym rozważać? Pewnie tak. Ale, ale...
 
Do ogrodu dobiega wyraźny dźwięk stukotu końskich kopyt. Odruchowo wszyscy odwracamy się w kierunku ulicy. Naszym oczom ukazują dwa piękne siwki. Ich łby ozdobione pięknymi białymi pióropuszami. Konie ciągną białą karetę. Zaprzęgiem powozi stangret ubrany w czarny, elegancki frak, cylinder. Na dłoniach ma białe rękawiczki. Wewnątrz karety... trumna.
Spoglądamy jeden na drugiego.
- Trochę to dziwne... Takie piękne konie i... - nie kończy zdania zamyślona żona Z.
- Nie, no ja też spodziewałem się zobaczyć orszak... ślubny – niejako do siebie mówi X.
- A co to za różnica? – dopowiada wzruszając ramionami E. Rodowity Anglik.
Anglicy często, na różne sytuacje reagują abstrakcyjnym, tu czarnym poczuciem humoru. Tak odreagowują rzeczywistość? Natomiast my Polacy... Chyba również. Włączam „szklane okienko” i słyszę: „Naszemu narodowi jest potrzebna terapia. Terapia narodowa.” Poważnie. Ma to być autorski program trzech bezpłatnych sesji z psychologiem – dla każdego chętnego.
 
Poniższy film, jeśli się zdecydujecie oglądać... to ostrzegam, że na własną odpowiedzialność!
 
W ramach niekoniecznie terapii, polecam również mądrości Mrożka... lub 18.11 mecz, czyli słynne derby północnego Londynu – Polski odpowiednik animozji Torunia i Bydgoszczy. Jeśli ktoś widział tu, lub w innych moich wpisach nosorożca, a zwłaszcza jak nie widział, to i wielce inspirującą lekturę „Dzienników geniusza” Salvadora Dali dorzucam.